Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

(1898-1984)
Współzałożyciel
i długoletni Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego;
Założyciel Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla; pisarz; podróżnik

Inne

Wrażenia z podróży po Danji - cz. 1.

W cieniu duńskiej bandery - Lukulusowa uczta - Kapitalni towarzysze - Szmaragdowym szlakiem - Polska pieśń - Za chlebem.

Urząd Emigracyjny przy Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej powierzył mi opiekę nad emigrantami, jadącymi do Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki. Miałem ich odwieźć do Kopenhagi, to jest do pierwszego miejsca postoju. Stanęliśmy w porcie gdańskim. Na nas już czekał „Niels Ebbesen”, okręt linii skandynawsko - amerykańskiej, przymocowany grubymi linami do żelaznych pali. Na okręcie uwijają się majtkowie, czyniąc ostatnie przygotowania, na pomostach zaś wrzask i hałas między przekupniami, którzy trzymają w ręku olbrzymie tyczki z przymocowanymi do nich koszyczkami napełnionymi owocem i czekoladą, zachwalając swój towar. Ryknęła syrena tak, żeśmy się o mało co nie powywracali. Zawarczały maszyny, podniesiono pomosty. „Niels Ebbesen” ryknął po raz drugi i trzeci głosom tubalnym, podniesiono kotwicę, zakotłowała się woda przy śrubach okrętowych i mijając setki statków i łodzi w porcie, wypłynęliśmy na szmaragdowe fale Bałtyku. Twarze wszystkie były poważne i uroczyste. W wielu oczach perliły się łzy, wszak niejedne z nich już nigdy nie miały oglądać ziemi ojczystej.

Godzina pierwsza. Dzwonek zwołuje na śniadanie. Zasiedliśmy do stołu. Wszystkiego byłbym się spodziewał tylko nie takiej obfitości. Nie przesadzam, dwadzieścia osiem dań! Homary, sardynki, węgorze, łososie, szynki burgundzkie, wątróbki gęsie i wszystkie inne nieznane mi wytwory duńskiej sztuki kulinarnej. Szampana i wina [s. 1] zaś w bród. Siedzimy na wygodnych kanapkach i fotelikach przymocowanych do podłogi, mogących się obracać na wszystkie strony. Pierwsze miejsce zajmuje kapitan, stary lew morski, sześćdziesięcioletni Duńczyk. W mig zawieram, z nim znajomość, jak i z całym towarzystwem przy stole. Obok mnie siedzi pewien Norwegczyk, który opowiada mi z zapałem, jak na małym żaglowcu wyruszył z rodzinnego Oslo na morze, by tam spędzić wraz z żoną i dziećmi trzy tygodnie wakacji. Mówił mi, że co rok urządzą sobie takie wakacje morskie, a kiedy tak błądzi bez celu jak Ulisses, z dala od rozgwaru życia codziennego, wypoczywa wyśmienicie. Po drugiej stronie sąsiaduje ze mną jakiś zadąsany Amerykanin o wyglądzie, trochę semickim, któremu w Polsce strasznie się nie podobało. Oczywiście, że otrzymał przyjacielską odprawę. Apetyt mają wszyscy doskonały. To też z zawrotną szybkością topniały sterty smakołyków. Humor był nadzwyczajny. Wesoło krążyły kielichy z rozkosznym nektarem i wesoło było w sercach, boć podróż zapowiadała się ciekawie. Zresztą wesoło nastrajała wspaniała sala jadalna, tonąca w powodzi kwiatów i zieleni, w której każdym zakątku rozsiadł się wykwint i elegancja.

Mijamy Hel. Jedziemy przez długi czas jeszcze wzdłuż wybrzeża półwyspu, ale niezadługo już brzeg osłonił się mgłą, ginąc powoli i rozpływając w dali. Wreszcie znikły ostatnie plamy na widnokręgu. Odtąd dookoła nas już morze tylko i niebo oddzielone linią eteryczną, niby lekką kreską na kryształowej kuli. Z nami lecą mewy krzykliwe, wychylające swe dzioby żarłoczne i rzucające się na wódę, gdy coś z okrętu upadnie. Im też rzuciłem zawiniątko, które ręka matki troskliwej za pazuchę włożyła, by synalkowi głodno nie było w drodze. Jeszcze raz po raz widać na morzu statki o żaglach rozpiętych, niby ptaki o białych skrzydłach, przelatująca głębie powietrzne. Niektóre z nich, jak plamki srebrne, prześlizgują się na ostatnim rąbku widnokręgu. Raz po raz też, ujrzysz jeszcze smugę ciemną, czarną, kończącą się w obłok bury rozwiewny, to parowce, owe włóczęgi mórz i oceanów. Wtem ku niebiosom poleciała polska modlitwa i polska pieśń: „Kto się w opiekę podda Panu swemu, a całym sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może mam obrońcę Boga...”. Dziwny urok i jakaś potęga żywiołowa tkwi w tej pleśni. Toteż cudzoziemcy zdjęli z głowy nakrycia i słuchali w skupieniu, a niebo się otworzyło i nawet sam Bóg wsłuchiwał się w modły ludu polskiego na morzu. A tyle go jechało w świat daleki. Zebrali się z całej Polski, ze wszystkich jej dzielnic. „Tosik by se ne jechało, ale chleba niema”. Z bólem opuszczają Polskę. „Tylem się napłakała - opowiadała mi jedna - gdym po raz ostatni była w kościele, gdym na cmentarz poszła, gdzie spoczywają krewni i znajomi i gdym po raz ostatni żegnała naszą polską, kochaną biedę. Ale skorusieńko się dorobimy, to zaraz wrócimy, bo bez Polski żyć niepodobna”. I wszyscy tak czują i mówią. Gorzej jednak z tymi, którzy przyjechali z Ameryki na krótki pobyt do Polski: „Ale u was bieda, ale u was nędza - rzekł mi jeden z nich pretensjonalnie - wy siedzita przecie na wulkanie. My, Amerykanie, dłużej już nie mogli wytrzymać w Polsce. U was wygód niema i lata niema, a deszcze ciągle padają i takie błoto”. I Bóg wie, jak jeszcze zaczęli wymyślać na „biedny stary kraj”, jak gdyby on za wszystko ponosił odpowiedzialność. Trzeba było więc prostować i pouczać i rozgrzewać egoizmem zatrute serca i przypominać święte obowiązki każdego Polaka.

Jechali młodzi, młode dębczaki wiejskie, żądni wrażeń i przygód życiowych. Jechały staruszki rozpłakane, które dzieci ściągały do siebie, a które jechały na to, żeby wskutek nagłej zmiany warunków życia, wkrótce złożyć swe kości Nowemu Światu w ofierze. Jechała z nami matka pewna, która, odwiedziwszy z trojgiem dzieci wioskę rodzinną, teraz wracała już z dwojgiem tylko. W cichej wioszczynie pod Sanokiem rozegrała się straszna tragedia. Tam przy swym dziecku umierającym stała jak lwica, której młode wydzierają. I wydarła je śmierć okrutna, a ona odtąd jak błędna chodzi i ludzi unika i płacze zawsze i powtarza: a mąż co powie?

X. J. P. [s. 2]


Druk: „Kurier Poznański” 525(1926), s. 1-2.

Drukuj cofnij odsłon: 4508 aktualizowano: 2012-02-03 23:27 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2017 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone