Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

(1898-1984)
Współzałożyciel
i długoletni Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego;
Założyciel Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla; pisarz; podróżnik

PK

2000 kilometrów przez kraj żółtego smoka.

IX.
Dnia 15. lutego „Conte Rosso” opuszczał port szanghajski. Zegnam serdecznie księży biskupów i wszystkich naszych towarzyszy podróży, udających się w drogę powrotną do Europy. Serpentyny papierowe, łączące statek z molo portowym, zrywają się jedna za drugą. Jeszcze widać powiewające białe chustki, ręce wznoszące się do ostatniego pożegnania. Polem znika wszystko. Zdała już tylko widoczny nasz okręt świątynia zalany blaskiem słońca, płynący w górę rzeki Wangpoo ku Morzu Żółtemu.

Zostajemy wraz z ks. Chodniewiczem, naszym proboszczem charbiriskim. Słuchamy spowiedzi św. wielkanocnej naszych rodaków szanghajskich. Stykamy się po raz ostatni z kolonią polską.

- Pozdrówcie od nas Polskę! - rzucają nam na pożegnanie.

W słoneczny poranek 17 lutego stajemy na dworcu North-Station. Policja kolejowa w czarnych mundurach z białymi przepaskami na czapkach pilnuje porządku. Obok strażują żołnierze chińscy ubrani w mundury koloru khaki. Są przepasani szerokim pasem skórzanym, pełnym naboi. W ręku karabiny z najeżonym bagnetem.

Siadamy do pociągu pospiesznego, idącego w stronę stolicy państwa, Nankinu. W wagonie, prócz jednej twarzy europejskiej, sami Chińczycy. Wyposażenie wagonu skromne, lecz wygodne. Ławki z siedzeniem wyplatanem trzciną są zwrócone do siebie. Każda duża ławka ma małą półeczkę, służącą za stół. Żółty konduktor w czapce czerwonej dal sygnał. Maszynista gwizdnął przeciągle. Ruszamy.

Mijamy przemysłowe okolice Szanghaju. Polem wioski znikają na horyzoncie jedna za drugą. Domki w nich ubożuchne, gliniane bez okien. Ludzie się kręcą koło domów, lub siedzą w kucki z papierosem w ustach. Obchodzą jeszcze święta Nowego Roku, trwające na wsi dwa tygodnie.

Wszak to najuroczystsze święta chińskie w ciągu roku. Więc trzeba się nacieszyć. Widać z okna wagonu wesołe procesje uliczne i Chińczyków przebranych w stroje teatralne. Zresztą i odpoczynku przyda się trochę. Już niedługo trzeba będzie wyjść na pole i krzątać się koło ryżu i warzyw tu uprawianych.

Rolnik w Chinach pracuje ciężko. Uprawa odbywa się prawic wszędzie na sposób ogrodowy - ręcznie i bez pomocy zwierząt. Przy tym wobec bezustannej suszy trzeba pola nawadniać za pomocą kanałów lub przez zwykle podlewanie.

Ciasno jest chińskiemu rolnikowi. Wszak Chiny liczą 450 milionów mieszkańców. To też rolnik posiada tu przeciętnie pół hektara ziemi. Z tego musi utrzymać siebie i liczną zwykle rodzinę. Ziemia jest urodzajna. Na wierzchu znajduje się gruba warstwa żółtej glinki tak zwanego lessu, nawianego z gór.

W wagonie robi się gwarno. Chińczycy przeczytali gazety poranne a teraz opowiadają sobie głośno, gestykulując przy tym żywo. Gryzą suszone nasiona arbuzów. Inni popijają brunatną herbatę chińską z szklanych imbryków. Kosztuje to tylko 10 centów czyli naszych 16 groszy. W Chinach monetą obiegową jest dolar meksykański, dzielący się na 100 centów. Wartość jednego dolara wynosi 1,60 zł. Herbata ta starczy na całą drogę. Na dnie imbryka są liście herbaty. Po wagonie uwija się młody Chińczyk z miedzianym kociołkiem i dolewa do imbryków wrzątku. Wodę gotują w końcu wagonu.

Kręcą się chłopcy w białych czapkach koło nas. Sprzedają ciastka tutejsze, owoce i cukry. Jadą z nami żołnierze i policjanci kolejowi jako eskorta pociągu. Jedni i drudzy są bardzo uprzejmi. Podobają mi się szczególnie chińscy żołnierze. Tyle im dotychczas naurągano. Posądzano o tchórzostwo i przekupstwo. Tak może było dawniej. Dziś jest inaczej. Chętnie staję w ich obronie. Podobają mi się, gdy stoją na warcie lub, gdy ćwiczą na wielkich boiskach obok toru kolejowego. Ostatnio też na polach Wasunga dokazali Cudów męstwa w walce z Japończykami.

Wreszcie zajeżdżamy do Nankinu, obecnej stolicy Chin. Stolicą by I dawniej Pekin, leżący w Chinach północnych i to na najdalszym ich krańcu. Przy tym Pekin nie był ani miastem handlowym, tym mniej przemysłowym. Było to istne skupisko mandarynów, nie zawsze dbających o dobro państwa. Główna zasługa przeniesienia stolicy do Nankinu przypadła Sun Yat Sen’owi, odnowicielowi Chin powojennych. Sam nawrócony chrześcijanin naucza! naród swój pracować i poświęcać się dla ojczyzny. To leż słusznie nazywają go ojcem narodu. Po śmierci zaś postawiono mu w Nankinie pomnik-grobowiec tak wspaniały, jakiego może nie ma na świecie. Na dworcu nankińskim zgiełk i zamieszanie. Rzuca się na nas czereda tragarzy z cechą najnatrętniejszych.

- Ło kei ni son! - wołają bezustannie.

Sami zaś nie wiemy, dokąd się udać. Wtem, jakby z nieba zesłany, zjawia się jakiś Chińczyk uśmiechnięty i powiada, nam łamaną angielszczyzną, że nas oczekuje. Powtarza ciągle: - Catholic Mission...

Mówimy mu, że to chyba pomyłka, bośmy tu nikogo nie zawiada-[s. 198]miali o naszym przyjeździe. On zaś upiera się dobrotliwie, że mamy jechać z nim. Poczciwy Petuolu - tak się bowiem nazywa nasz przygodny opiekun, takie dobre robi wrażenie, że postanawiamy jechać z nim. Wtem zatrzymują nas chińscy żandarmi. Zaczynają rewidować bagaż w poszukiwaniu za bronią. Wszak czasy krytyczne a ludzie nie wszyscy pewni. Dowiedzieliśmy się później, że na każdym większym, dworcu możemy się spodziewać rewizji.

- Ładne widoki - myślimy sobie w duchu. Cieple promienie wiośnianego słońca i roześmiany Petuolu każą nam wnet zapomnieć o niemiłej przygodzie. Jedziemy ulicami milionowej stolicy. Pochłania nas wpierw stare miasto. Jedziemy powoli, bo ulice zapchane tłumem. Tuż przy ulicy pisarze pędzelkiem piszą listy dla swych klientów. Golarze mydlą puszkiem, osadzonym na drewnianym trzonku i golą... na stojączkę dorosłych Chińczyków. Snycerze rzeźbią figurki i ustniki do fajek. Cukiernicy ugniatają cukier w rozmaite kształty. Parasolnicy polerują pręty bambusowe. Wszystko na ulicy prawie pod gołym niebem.

Wjeżdżamy w nową część miasta. Szerokie asfaltowane awenidy, sygnały świetlne. Wszędzie budują na gwałt. Tu powstaje nowy Nankin. Ładnie prezentują się nowe gmachy ministerstw i instytucyj publicznych, zbudowanych w stylu chińskim z wygiętym dachem.

Stajemy przed kościołem katolickim, obsługiwanym przez księży Chińczyków. Przedstawiamy się ks. Tsangowi, miejscowemu proboszczowi, który na pierwsze jest nieco zaambarasowany naszym przybyciem. Wita nas jednak serdecznie i zaprasza na plebanię. Wyjaśnia się też od razu, czemu Petuolu zajął się nami na dworcu. Tydzień temu bowiem, po przybyciu pielgrzymów kongresowych do Szanghaju, otrzymał on polecenie udania się na dworzec, by tam zaopiekować się księżmi, którzy by zawitali do Nankinu. Petuolu gorliwy chrześcijanin, spełnił to polecenie jak najdokładniej. Przed nadejściem każdego pociągu pospiesznego już był na dworcu. Lecz zawsze daremnie. I tak przez cały tydzień dzień i noc. Teraz dopiero zrozumieliśmy, czemu Petuolu był tak szczęśliwy i czemu się trzymał kurczowo, nie chcąc nas wypuścić ze swoich rąk.

Ks. Tsang i jego pomocnicy księża Li i Tsa podejmują nas z chińską gościnnością. Stawiają miseczki z rozmaitymi potrawami tutejszymi. Obok kładą pałeczki do jedzenia. Ponieważ, pałeczki sprawiają nam nieco kłopotu, więc znalazły się wnet i widelce.

Dowiadujemy się od nich, że w całym Nankinie jest tylko 1 tys. katolików. Praca misyjna napotyka na duże trudności. Ze swej strony wypytują nas o Europę, no i o Polskę, o której mało co wiedzą. Ponieważ byli ciekawi, jak brzmi język polski, jeden z nas zadeklamował im początek „Pana Tadeusza”. [s. 199]

Skutek był wcale nieoczekiwany. Śmiali się serdecznie, bardzo serdecznie.

- Przepraszam księży - mówi dobrotliwie ks. Tsang - lecz dla nas to brzmi niesłychanie śmiesznie.

Pokazują nam potem kościółek, jedyny w stolicy. Chwalą się, że w tym kościółku odprawiają się nabożeństwa, zamówione przez posła naszego w Szanghaju z okazji polskich uroczystości narodowych.

Zwiedzamy następnie najbliższą okolicę stolicy. Wyjeżdżamy poza miasto. Przy bramie wschodniej zatrzymują nas znowu żandarmi i ciekawie zaglądają do samochodu. Towarzyszący nam kleryk chiński Chu, tłumaczy im, dokąd się wybieramy.

Stajemy u stóp pomnika Sun Yat Sen’a. Pomnik olbrzymi. Na tle Tzy czin sen, wzgórza fioletowego, przedstawia się imponująco. Wchodzi się po 400 blisko stopniach przez trzy wspaniałe bramy bogato rzeźbione, przy których żołnierze strażują w galowych mundurach. Na bramach widnieją napisy, wyjątki z testamentu Sun Yat Sen’a.

po - e = miłość wzajemna
tien - sza - ue - kun = świat jest dla wszystkich

Na górze jest rodzaj świątyni, wyłożonej barwną mozaiką. W środku wykuta w marmurze postać ukochanego ojca narodu w postawie siedzącej. Dzieło to stworzył Landowski. I przyznać należy, że mu się udało. To też ze czcią wymawia każdy Nankińczyk to polskie nazwisko. Dalej dopiero znajduje się właściwe mauzoleum z bogatym sarkofagiem.

Jest dużo zwiedzających. Widzimy żołnierzy, studentów z Pekinu, wieśniaków z odległych wiosek. Stają w milczeniu przed bielusieńką statuą. Potem kłaniają się trzykrotnie. Jedziemy dalej do słynnych grobowców cesarskich dynastii Mingów. Ogromne bramy, symboliczne Jigury, rzeźby kamienne lwów i koni. Widać wszędzie ukochanie piękna i głęboką myśl w obrazie i rzeźbie. Chu pokazuje nam z dumą stadion na 50 tysięcy osób, nowoczesne pływalnie i boiska.

Pod koniec wstępujemy do świątyni, wzniesionej ku czci poległych bohaterów. Świątynia ta przypomina nieco katakumby rzymskie. Panuje tu półmrok. Na tablicach marmurowych, umieszczonych po ścianach, wypisane są nazwiska tych poległych żołnierzy, którzy wsławili się na polu walki. Chu odczytuje je ze wzruszeniem. Są tam nazwiska oficerów, ale i prostych żołnierzy. Same dziwaczne znaki, ciągnące się bez końca. Tak czci ojczyzna swe bohaterskie dzieci.

Wracamy do domu. Na ulicach wznoszą bramy triumfalne. Dekorują okna, balkony, domy cale. Nankin przygotowuje się do wspaniałej uroczystości.

Na lotnisku wojskowym odbędzie się i jutro uroczyste wręczenie 20 samolotów bojowych Czan Kai Szek’owi, obecnemu wodzowi nowych Chin. Samoloty i te darowali Chińczycy zagraniczni. W dniu tym również delegaci uniwersytetów pekińskich wręczą marszałkowi szablę, „by nią bronił granic ojczyzny a części utracone znowu odzyskał”. Na plebanii przekonywuje nas X. Wang, prefekt apostolski z Chumacien, że musimy koniecznie wziąć udział w tej uroczystości:

- Poznacie, księża, naszego wodza, który wam na pewno się spodoba.

Niestety nam się śpieszy. Toteż nazajutrz rano stajemy na brzegach Jangtse-Kiang’u - Błękitnej rzeki. Jangtse Kiang ma przeszło 5000 km długości.

W jego dorzeczu mieszka 200 milionów ludzi. Błękitna Rzeka - żywicielka Chin.

Jedziemy parowcem do Pukou. Stąd koleją 1500 km na północ przez prowincje Honau, Szansi i Hopei. Pociąg msza. Wyobrażamy sobie, że nas ciągnie polski parowóz. Wszak zarząd kolei w Nankinie sprowadził przed rokiem pierwszy parowóz z fabryk Cegielskiego w Poznaniu. Maszyna ta, wykonana z wielką dokładnością, wszystkim tak przypadła do gustu, że myślą tu o dalszych zamówieniach. Jedziemy cały dzień do Thun-szen-sien. Na wszystkich stacjach wojsko. Żołnierze patrolują z najeżonymi bagnetami. Inni odpoczywają w prowizorycznych koszarach, wzniesionych z gliny. [s. 200]

W Thun-szen-sien trzeba się przesiąść. Zoczywszy nasze wielkie walizy, żołnierze zabierają się znowu do rewizji w poszukiwaniu za bronią. Tłumaczę im na migi, że nie mamy broni. Gdy to nie pomaga, pokazuję im karlę wizytową w języku polskim. Żołnierze, nie rozumieją oczywiście jej znaczenia, nabierają respektu. Wreszcie z uśmiechem odstępują od rewizji. Siadamy do pociągu. Dzwon stacyjny wydzwonił po raz wtóry. Chińczyk w czerwonej czapce podniósł sygnał. Stęknął z wysiłkiem potwór stalowy, otulony kłębami czarnego dymu. Jedziemy w głuchą, ciemną noc.

Poleciwszy się opiece Matki Najświętszej przymykamy znużone powieki. Rok temu na tej linii bandyci zatrzymali pociąg. Zrabowali wszystko. Kilku podróżnych zastrzelili. Innych uprowadzili z sobą. Ufamy, że nic nam się nie stanie. Płaszczem matczynym zasłoni nas Niebieska Pani. W piątek 19 lutego w południe stajemy w Shun-Teh. W stolicy jedynej polskiej prefektury misyjnej w Chinach. Padamy w braterskie objęcia księży misjonarzy. Jak najserdeczniej witają. pierwszych gości, przybyłych do nich 7. Polski. Przez cztery dni przyglądać się będziemy ich bohaterskiej pracy. Potem dalej przez Pekin - Tientsin - Nagasaki - Tokio - Fusan - Mukden do Charbina na ratunek polskich dusz.

X. Posadzy. [s. 201]


Druk: „Przewodnik Katolicki” 13(1937), s. 198-201.
Artykuł ten został również wydrukowany, po drobnej korekcie, jako rozdział:
„2000 kilometrów przez kraj żółtego smoka”
w książce: I. Posadzy, Przez tajemniczy Wschód. Wrażenia z podróży,
Potulice 1939, s. 132-143.

Drukuj cofnij odsłon: 4037 aktualizowano: 2012-02-01 20:21 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2018 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone