Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

(1898-1984)
Współzałożyciel
i długoletni Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego;
Założyciel Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla; pisarz; podróżnik

PK

Na Daleki Wschód - cz. 3.

Gorąco coraz goręcej - Blisko Mekki - Massawa - Angielska strażnica - Szlak misyjny - Ku czci Boga Eucharystycznego - Mój indyjski przyjaciel - Misje w Indiach.

III.

Mówi się często o katuszach Morza Czerwonego. Jest w tym coś racji. Bo jeśli teraz w styczniu temperatura dochodzi do 33°, to o ile goręcej być musi w porze letniej. Ludzie wyzbywają się niepotrzebnej garderoby. Przywdziewają płócienne ubrania tropikalne. Nawet nasi księża biskupi polscy noszą białe sutanny i wyglądają jak prawdziwi afrykańscy misjonarze. Gorąco, więc wentylatory pracują, podróżni skaczą do basenów z orzeźwiającą wodą morską, piją chłodniki i zjadają lody w najrozmaitszej postaci.

Za to na Morzu Czerwonym zupełnie spokojnie. Więc mimo upałów triumfują ci, którzy na nieco wzburzonym Morzu Śródziemnym włóczyli się wymizerowani po pokładzie, raz po raz pochylając się poza burtę. Były to skutki choroby morskiej, która porządnie dawała się we znaki. Po lewej stronie mijamy miasto Dżidach, skąd zaledwie 80 km do Mekki, świętego miasta muzułmanów. Tu zjeżdżają się pielgrzymi, odbywający pielgrzymkę drogą morską. Przybywa ich tu rocznie około 70 tysięcy. Drogą lądową przychodzi więcej niż 200 tysięcy.

Opowiada nam pewien Francuz, towarzysz podróży, który przebywał w tym mieście, że w czasie przybycia wielkich pielgrzymek panuje tam ścisk nie do opisania. Arabowie, Turcy, Kurdowie, Albańczycy, Egipcjanie, Somalisi, czarni jak heban Senegalczycy, nawet Chińczycy, wyruszają stąd do miejsca urodzenia Mahometa. Hadżi - pielgrzymi jadą na osłach, wielbłądach, kobiety w sukniach czarnych, z czarną zasłoną na głowie, czarną jak ten święty kamień Kaaby, siedzą w koszach przymocowanych do garbów wielbłądzich. Panuje tam wówczas krzyk i hałas nieznośny. Czuć wyziewy spoconych ciał. Zapach gnijących odpadków miesza się z odurzającą wonią olejków wschodnich. Ujadanie zgłodniałych psów wtóruje żałosnym nawoływaniom ślepych żebraków.

Jedna rzecz, która głęboko utkwiła w pamięci naszemu towarzyszowi, to widok tysięcy piesków, zdychających z głodu na brzegu morza. Muzułmanie, którym religia zabrania zabijania psów, wyzbywają się ich w ten sposób, że rzucają je na brzeg morski.

Płyniemy wzdłuż brzegów angielskiego Sudanu, a potem włoskiej Erytrei. Tam za wysokimi górami rozegrała się wojna włosko-abisyńska. Polało się dużo ludzkiej krwi. Mówią o 60 tyś. zabitych. 15 stycznia odprawia się żałobna msza św. za poległych w tej wojnie Włochów i Abisyńczyków, którzy wierną służbę dla ojczyzny przypieczętowali ofiarą własnego życia.

16 stycznia o północy dojeżdżamy do Massawy, jedynego portu Erytrei. Port zaopatrzony w najnowsze urządzenia. To też z łatwością mogła tu lądować półmilionowa armia włoska, wyruszająca stąd na podbój Abisynii. Znalazły tu pomieszczenie również i silne eskadry floty morskiej Italii. - Przy wejściu do portu strażują torpedowce. Jaskrawe ich ślepia zdolne ujrzeć każde grożące niebezpieczeństwo.

Podjeżdżają motorówki. Wychodzą z nich oficerowie w białych mundurach z krótkimi rękawami. Salutują po faszystowsku, po czym w salonie załatwiają formalności. Okręt nasz opuszcza około100 Włochów, udających się do Abisynii. Przyjmujemy za to na pokład kilkunastu Hindusów, jadących do Bombaju. Z powodu spóźnionej pory nie wychodzimy na ląd.

Tegoż dnia pod wieczór opuszczamy wreszcie Morze Czerwone. Przejeżdżamy przez cieśninę Bab el Mandeb - bramę łez, znaną kiedyś z niebezpieczeństw zagrażających morskiej żegludze. Cieśnina - ważny punkt strategiczny! Zjawia się więc Anglia. W roku 1857 obsadza maleńką skalną wysepkę Perim. Odtąd angielskie baterie czuwają pilnie, by nikt niepowołany nie przejeżdżał cieśniną, stanowiącą wrota do Oceanu Indyjskiego.

Wszędobylski Francuz opowiada nam nieco o tej wysepce, która tu odgrywa rolę Gibraltaru. Na wysepce nie ma wcale zieleni. Nie ma wody. Woda kosztuje tu prawie tyle, co wino, bo trzeba ją sprowadzać. Znajduje się również ważna stacja węglowa. Brązowi robotnicy arabscy za liche [s. 101] pieniądze dźwigają kosze z węglem wśród strasznego upału, dochodzącego do 60° w cieniu. Załoga angielska zmienia się co dwa miesiące, bo trudno tu wytrzymać. Robotnicy zaś, wyzyskiwani przez szejka Jemenu, pracują tu lata całe, póki nie padną zamęczeni przez nielitościwych dozorców.

I wówczas oczy ich zachodzące już mgłą śmierci, zwracają się w stronę Mekki i rodzinnego Jemenu i tej wioski rodzinnej, ukrytej w zagaju palmowym - a zsiniałe ich usta szepcą: Allah Rahman, Allah Akbar...

Za Adenem, silną twierdzą angielską, znikają nam z oczu skaliste wybrzeża. Płyniemy na Oceanie Indyjskim. Nie widać również wyspy Sokotry, znanej z pobytu św. Franciszka Ksawerego. Tutaj wielki misjonarz Dalekiego Wschodu przebywał pewien czas, zanim odpłynął do Goa. Jedziemy więc szlakiem misjonarzy. Iluż ich tędy już jechało. Iluż z nich już nigdy nie powróciło do ojczystych stron! A iluż ich tam jeszcze popłynie, tych szaleńców Bożych, gnanych namiętną żądzą zbawiania ludzkich dusz! Dziś już nie ma okrętu, na którym by nie znajdowali się misjonarze lub siostry misjonarki. I wśród naszych pasażerów są przedstawiciele tej wielkiej armii misyjnej, którzy udają się na front do Indii, na Filipiny, do Chin!

Jedzie z nami również jedna polska siostra misjonarka ze zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Marii. Odkryliśmy ją wczoraj. Zostawiła na leżaku samouczek polsko-angielski. Po tym poznaliśmy, że prócz naszych pielgrzymów jeszcze ktoś mówi po polsku. Siostra ta nazywa się z domu Halina Kowalska i pochodzi z Warmii. Jedzie na Filipiny do pracy misyjnej wraz z innymi siostrami.

Pogoda sprzyja nam nadzwyczajnie. Ocean Indyjski przywdział najcudniejszą szatę, jakby na cześć Boga Eucharystycznego, który razem z nami płynie wśród oceanicznych roztoczy. Szafirowe fale oceanu lśnią jak tafla lustrzana, w której słońce przegląda się jaskrawe, gorące. Ten, który ma moc nad morzem i wiatrami, rozkazał, iż panuje uciszenie wielkie. Przypominają się nam słowa psalmisty:

„Którzy w poważnym drewnie po morzu żeglują,
A swe potrzeby pławem sprawują,
Ci umieją powiedzieć o Pańskiej możności
I cudach Jego na głębokości”.

My ze swej strony odwdzięczamy się Bogu utajonemu przez gorące modlitwy i nabożeństwa, odprawiane na Jego cześć. Pieśni eucharystyczne, śpiewane po włosku, angielsku, polsku, niemiecku, hiszpańsku, węgiersku, lecą na Ocean szeroki. Słowo Boże, głoszone w różnych językach, wychwala Króla Eucharystycznego, zbawienie jedyne skołatanego świata.

Urozmaicenie naszej podróży stanowią ukazujące się raz po raz delfiny oraz ryby latające. Pokazują się te osobliwości morskie dość rzadko, w każdym razie nie tak często, jak to opisują podróżnicy. Za to piękne mamy księżycowe wieczory. Pod niebem gwiaździstym, wśród płonących na powierzchni morskiej fosforyzujących światełek, siadamy na dziobie okrętu i gwarzymy sobie do późnej nocy. Tematem rozmów to już bliskie Indie, które nas powitają za dwa dni.

Zaznajomiłem się z Hindusem dr. Ram Kumar Goyal. Wraca on z Paryża, gdzie studiował bakteriologię w Instytucie Pasteura. Poprzednio kończył medycynę w Londynie. Pytam się go o wszelkie szczegóły, dotyczące jego ojczyzny. Modre jego oczy zapalają się. Ciemna twarz nabiera wyrazu. Opowiada to głosem namiętnym, to znowu tkliwym, jak szczebiot dziecięcia. Mówi, że Indie muszą uzyskać bezwzględna wolność, mówi o hańbie, która spotyka 360 milionowy naród, rządzony przez 200 tysięcy Anglików, zamieszkałych w Indiach. Trzymany w karbach przez 60 tysięcy żołnierzy angielskich, wyposażonych w nowoczesną broń. Zarzuca Anglikom, że mało uczynili dla Indii, wyzyskując je, jak tylko się dało. Przytacza słowa lorda ministra Brentforda, który powiedział: „Zdobyliśmy Indie, aby znaleźć odbyt dla naszych towarów. Zdobyliśmy je mieczem i utrzymamy je siłą miecza”. Jest on zapalonym zwolennikiem Gandhiego, którego uwielbia. Całe Indie - mówi - zjednoczyły się we wielkiej duszy Gandhiego, wierzę w to, bo on wierzy, w nim i przez niego Hindusi uważają się za braci”.

W rozmowie i z innymi, którzy dobrze znają Indie, dowiaduję się, że ruch narodowy ogarnął cały kraj, bez względu na religię, czy kastę. Choć istnieją różnice w zapatrywaniach, to jednak wszyscy zmierzają do samodzielności gospodarczej i państwowej Indii. Jedno wielkie niebezpieczeństwo zagraża dzisiejszym Indiom. Komunizm wciska się gwałtem, szerząc się głównie, w sferach rolniczych i robotniczych. Za moskiewskie pieniądze różni prowodyrzy wobec nieuświadomionych mas wychwalają czerwoną międzynarodówkę. Nawet prezydent kongresu, popularny Jawaharlal Nehin, głosi otwarcie, że jedynym lekarstwem na wszelkie bolączki gospodarcze, to czerwona rewolucja... [s. 102]

A działalność misyjna w Indiach? Opowiada ks. Cyro Righietto, salezjanin, jadący już po raz wtóry na misje do Indii, że praca idzie powoli, ale mimo wszystko są nadzieje większego rozpowszechnienia nauki Chrystusowej. W tej chwili liczy się 6.300.000 chrześcijan, w tym 4 miliony katolików. Jeszcze 50 lat temu liczono tylko półtora miliona katolików. Więc postęp wielki. - A zresztą - uśmiecha się sympatyczny ks. Righietto, ubrany całkowicie na biało - zaufajmy Opatrzności Bożej. W encyklikach papieskich Rerum novarum i Quadragesimo anno, leży rozwiązanie trudnych problemów Indii. Jeśli naród posłucha, to Indie znajdą pokój i sprawiedliwość!

20 stycznia rano w sinej mgle majaczą brzegi słonecznych Indii. Kilka godzin później bielą swych pałaców, maleństwem swych ulic, pstrokacizną ras i kolorów, wita nas niby rozlśnioną dłonią egzotyczny Bombaj, drugie największe miasto w ojczyźnie Gandhiego.

Ks. Ignacy Posadzy [s. 103]


Druk: „Przewodnik Katolicki” 7(1937), s. 101-103.
Poniższy artykuł został również wydrukowany w rozdziałach:
„Morze Czerwone” oraz „Na Oceanie Indyjskim”
książki: I. Posadzy, Przez tajemniczy Wschód. Wrażenia z podróży,
Potulice 1939, s. 21-32.

Drukuj cofnij odsłon: 4424 aktualizowano: 2012-02-02 21:26 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2018 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone