Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

(1898-1984)
Współzałożyciel
i długoletni Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego;
Założyciel Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla; pisarz; podróżnik

PK

W Kanie Galilejskiej. Wspomnienia z pielgrzymki do Ziemi świętej. Na niedzielę II. po Trzech Królach.

W czasie pobytu naszego w Nazarecie postanowiliśmy urządzić wycieczkę do jeziora Genezaret. Patrzymy na mapę. Droga prowadzi przez Kanę. Jak to pięknie się składa? - wołamy uradowani. Zatrzymamy się w mieścinie, która patrzała na pierwszy cud Chrystusowy. Z gotowym planem wsiadamy do samochodu. Żegnani przez gościnnych Ojców w Casa Nuova, ruszamy w drogę. Mkniemy wąskimi uliczkami miasteczka. Szofer trąbi przeraźliwie. Usuwają się wszyscy. Jedynie wielbłądy, mrugając swymi śmiesznie małymi oczkami, nie schodzą z drogi.

Mijamy ostatnie domki o ślepych ścianach z nisko opuszczonymi drzwiami. Z dachów i tarasów płaskich spoglądają na nas grupy kobiet i dzieci. Przejeżdżamy obok cmentarza muzułmańskiego. Cały wypełniony białymi grobowcami. Wśród nich bujne wyrastają chwasty. Gromadka łobuzów miejskich zabawia się na cmentarzu w „chowanego”.

Jesteśmy wreszcie za miastem. Samochód wspina się na wzgórze. Patrzymy za się. Za nami Nazaret. Złocisty w promieniach słońca w oprawie wysmukłych cyprysów, ozdobiony szmaragdową plamą ogrodów... Nazaret, tający w sobie siły niespożyte Nazaret, owo miasto czarowne, na którego wspomnienie drga w sercu nuta jakaś dziwnie radosna. Patrzymy w milczeniu, zasłuchani w szept wieków, który płynie z miasta świętego...

Mijamy mnóstwo samochodów. Namnożyło się ich tu dużo, zwłaszcza po wojnie - jak zresztą wszędzie. Przelatują obok nas w tumanach kurzu, dudniąc i skrzypiąc, ciężkie autobusy, napełnione Arabami. Siedzą oni z największym spokojem w „kucki” na worach, wypchanych rozmaitym towarem.

Na lewo od drogi widzimy coś w kształcie zburzonych murów. To tylko urojenie. Są to różowo-szare skały, poszczerbione, popękane. Mówi nam szofer, że wśród szczelin skalnych czają się szakale. Miał rację. Gdy bowiem samochód ryknął, aby przestrzec jakiegoś Araba, który akurat środkiem szosy najspokojniej sobie cwałował na małym osiołku, mignął wśród kamieni szakal. Uciekał z podwiniętym ogonem.

- Dib, Dib - zaczął wołać szofer. Dib - szakal jednak nie zważał na krzyki i znikł wśród wałów kamiennych.

Zjeżdżamy do doliny. Przed nami jakieś osiedle. Oparte o wzgórze, wznosi się płaskimi tarasami. Co to jest za mieścina? - pytam szofera. To Kafr Kenna - zaś Kaną Galilejską nazywają ją wasi hadżi - pielgrzymi. Dojeżdżamy bliżej. Ubogie domki z gliny witają nas bielą swych murów. Z poza opłotków kaktusowych i postrzępionej zieleni sadów spozierają na nas Arabowie. Tysiąc mieszkańców zaledwie liczy dzisiejsza Kana.

Kiedyś była większa. Może cztery, pięć razy większa. Świadczą o tym liczne ruiny przy mieścinie i zarośnięte zwaliska.

Prócz meczetów posiada Kana trzy kościoły. Zaraz przy wjeździe na prawo wznosi się kościół grecko - melchicki, a na lewo grecki. W małym oddaleniu zaś po prawej stronie, znajduje się największa świętość Kany - kościół katolicki, zbudowany na miejscu, kędy obchodzono uroczyste gody weselne, opowiedziane nam w dzisiejszej ewangelii.

Kościół zbudowany jest na ruinach dawniejszych świątyń. Stała tu [s. 31] kaplica. Zniszczała. Odbudowywano ją dwakroć - i dwakroć znowu zniszczało to święte dzieło. Dopiero Franciszkanie zajęli się miejscem świętym i postawili świątynię, która stanowi prawdziwa ozdobę miasteczka.

Wchodzimy do kościoła. Oprowadza nas O. Wikary.

- Pokłońmy się Bogu, kędy święte Jego stąpały stopy - widnieje napis przy wejściu. Posłuszni wezwaniu klękamy z głęboką czcią przed tabernakulum. Dusza się korzy i kruszy. Usta szepcą modlitwę dziękczynną, że wolno nam oglądać miejsce, gdzie początek cudów uczynił Pan Jezus i objawił chwałę swoją i gdzie uwierzyli weń uczniowie Jego.

Nasz przewodnik tłumaczy nam i objaśnia wszystkie szczegóły jak najdokładniej. Pokazuje nam resztki posadzki mozaikowej z IV wieku. Można tam też odnaleźć stare napisy hebrajskie. Jeden z nich brzmi: Na pamiątkę Józefa, syna Tanhuma, który jest synem Butalia, i jego dzieci. Błogosławieństwo niech będzie z nimi. Amen.

Według niektórych uczonych tym Józefem miał być Józef z Tyberjady. Przyjął on wiarę chrześcijańską i z wdzięczności dla Boga wybudował w Kanie tę świątynię.

Pokazuje nam też O. Wikary za żelazną kratą wielki dzban. Może to jedna z sześciu stągwi, w których Pan Jezus przemienił wodę w wino. A stało tam sześć stągwi kamiennych dla obrzędowych obmywań żydowskich.

- W tej stągwi - powiada O. Wikary - zmieści się około 50 litrów. Przeto 300 litrów dobrego wina sprezentował Pan Jezus zakłopotanemu gospodarzowi wesela. Podarek ślubny nielada.

Najwięcej jednak zainteresowało nas barwne jego opowiadanie o zaręczynach, ślubie i weselu za czasów Chrystusa Pana. - Rodzice obu stron - wykładał nam miły Padre - godzili się naprzód, co do ceny, za którą pannę odstąpić miano. Cenę tę oblubieniec wypłacał ojcu oblubienicy jako wynagrodzenie za to, że tenże traci siłę roboczą. Następnie pytano pannę, czy się zgadza. Potem już przystępowano do zaręczyn. Odbywały się one uroczyście w obecności kilku znajomych. Oblubieniec wręczał oblubienicy pierścionek złoty tymi słowy: Oto przez ten pierścień jesteś mi poświęcona według zakonu Mojżeszowego. Spisywano przy tym odpowiedni dokument. Oblubieńcy aż do ślubu mieszkali u swych rodziców. Nie widywali się z sobą. Porozumiewali się jedynie przez tak zwanego „przyjaciela oblubieńca”.

Ślub - ciągnął dalej O. Wikary - odbywał się parę miesięcy później. Główną treścią obrzędu ślubnego było uroczyste przeprowadzenie panny młodej z domu jej rodziców do domu przyszłego jej małżonka. Droga między obu domami wystana była zielenią i kwieciem. Jeśli zaś domy niedaleko były siebie, łączono je girlandami. Orszak weselny wychodził z domu pana młodego zazwyczaj w nocy. Na czele pochodu szli chłopcy, niosący lampy, pochodnie i kagańce, dalej muzykanci, grający na fletach i bębnach. Za nimi postępowali śpiewacy. W końcu szedł młody pan w otoczeniu drużbów, tzw. „mereim”.

Najmilej jednak widziani byli w orszaku tzw. „darodawcy”. Rozdawali oni wszystkim, których spotykali, orzechy i oliwki.

Panna młoda tymczasem u progu domu rodzicielskiego wyczekiwała przybycia oblubieńca. Ubrana była w odświętne szaty z koroną lub wieńcem na głowie. Zasłonięta była całkowicie welonem na znak poddaństwa mężowi. Czekała tak w otoczeniu rówieśniczek. Gdy orszak nadszedł, przyłączyła się doń i szła w pochodzie do domu oblubieńca. Tutaj dopiero oddawano ją przyszłemu jej mężowi. Związano przy tym oboje wieńcem, a rodzice udzielali nowożeńcom błogosławieństwa. Potem już tylko spisywano kontrakt ślubny.

Teraz odbywała się uczta weselna, wesoła i obfita. Trwała ona często aż siedem dni. Przy jedzeniu nie używano widelców i noży. Każdy brał palcami potrawy z półmiska. Dlatego to myto sobie ręce przed i po jedzeniu. Stąd też w pokoju jadalnym ustawiono osobne stągwie do takich obmywań. Dań zazwyczaj było kilka. Najpierw podawano pieczenie, do nich zaś jarzyny, przyprawy i polewki. Następowały ptaki i ryby, w końcu ciasta i słodycze. Wino otrzymywał każdy w osobnym kielichu. Wśród gości wybierano „gospodarza wesela”. Czuwał on nad tym, by potrawy były smaczne i by niczego nie zabrakło.

Nasz przewodnik skończył opowiadanie. Uklękliśmy jeszcze raz przed Najświętszym Sakramentem. Może na tym samem miejscu, gdzie teraz utajony, siedział kiedyś Chrystus w gronie weselnym...

Ody tak zatapiamy się w modlitewnej zadumie, widzimy Go przed sobą tak wyraźnie, tak blisko... Siedzi za stołem wespół z innymi. Dziwnie odbija Jego słodycz, jaśniejąca w oczach - i cała posiać, wzniosłego majestatu pełna, od surowych twarzy otoczenia. Czuć, że tu On pierwszy, choć to syn cieśli - ubogi. - I uczynił cud: Czerpajcie teraz i zanieście gospodarzowi wesela... Zdziwienie ogarnęło wszystkich. Mówił do zebranych, że i On rozpoczyna dziś wesele, bo tym cudem otwiera swe posłannictwo.

I długo bylibyśmy tak trwali na błogim rozmyślaniu... O. Wikary powstał. Trzeba było pójść za nim. Przy drzwiach pożegnaliśmy się czule. Ojcze, do widzenia w niebie - wołamy.

- Tak, na godach weselnych - w niebieskim Jeruzalem - odparł i westchną głęboko. Uśmiechnął się. A potem w oczach jego ujrzałem łzy...

Przy wyjściu obstąpiły nas przekupki. Chciały nam sprzedać hafty, no i małe dzbanuszki na wzór stągwi weselnych.

- Hadżi, kup! Ty jesteś pewnie z Ameryki, a my takie biedne.

Same jęły potem wypełniać nam kieszenie haftami i dzbanuszkami.

- A jeśli tak pojadę i nie zapłacę - mówię im. - O nie, ty na to nie wyglądasz.

Chcąc nie chcąc, trzeba było już kupić dość drogie zresztą pamiątki.

Wsiadamy. Samochód unosi nas w stronę Tyberjady. Tuż za kościołem przejeżdżamy obok źródła. Jedyne ono w Kanie. Przy nim tłok i ciżba. Z tego źródła zapewne czerpano wodę do stągwi na godach. A więc tę samą wodę, która tam sączy się od wieków, - zamienił Pan Jezus na wino i to takie, jakiego dotąd nie znano. Wszak śpiewamy w pieśni:

Hej wino, wino, wino
Lepsze niż przed tym było
W Kanie Galilejskiej...

X. Posadzy [s. 32]


Druk: „Przewodnik Katolicki” 3(1929), s. 31-32.

Drukuj cofnij odsłon: 5529 aktualizowano: 2012-02-03 14:45 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2018 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone