Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

Sługa Boży ks. Ignacy Posadzy

(1898-1984)
Współzałożyciel
i długoletni Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego;
Założyciel Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla; pisarz; podróżnik

Artykuły

Maria Paradowska

Moje spotkanie z Ojcem - ks. Ignacym Posadzym (Sylwetka duchowa O. I. Posadzego).


 

Przed laty władze Towarzystwa zaproponowały mi, abym napisała biografię O. Posadzego. Trochę broniłam się przed tym uważając, iż zadanie to winna podjąć osoba duchowna, a nie świecka. Nadto nie znałam Ojca osobiście, mogłam "spotkać się" z Nim tylko poprzez materiały pisane, poprzez źródła historyczne, przez kontakty z ludźmi, którzy się z Nim zetknęli.

W końcu jednak przyjęłam propozycję. Wówczas wszakże nie zdawałam sobie sprawy z jaką materią, z jakim duchem będę musiała się zmierzyć, z jakim człowiekiem obcować - dążyć do poznania Go, do oddania prawdy o Nim co zawsze powinno być naczelnym zadaniem autora.

Zbieranie materiałów do biografii nie było łatwe ze względu na ich rozproszenie w publikacjach i jeszcze nie uporządkowane w pełni archiwa Towarzystwa w Poznaniu i w Puszczykowie. Z pewnych źródeł dowiadywałam się o niektórych faktach z Jego życia, ale nie mogłam odszukać ich wiarygodnego potwierdzenia. Np. sprawa wierszy Ojca, które pisał, ale których - poza jednym - nie odnalazłam. Nadto tak znaczące źródło, jak dyktowane przez Ojca po upływie wielu lat "Fragmenta vitae" - zawierają jednak pewne pomyłki w datach.

Przeprowadzone rozmowy ujawniły, że w pamięci osób utrwalił się niejednokrotnie zarówno zróżnicowany obraz Jego osobowości, jak i odmienny od tego, jakim ja Go widziałam, co może spowodować pewne kontrowersje wśród czytelników. Na ogół niechętnie rozmawiano ze mną na temat Ojca, nie otwierano się przede mną, byłam obca. Może to i dobrze. Musiałam sama dochodzić do poznania tego człowieka.

Tak więc zbierając materiały i pisząc już biografię Ojca borykałam się z trudnościami w sferze faktów zewnętrznych, np. z błędnie - jak się okazywało podanymi datami, nie tylko we "Fragmenta vitae" pewnymi pomyłkami czy nieścisłościami w pracach już opublikowanych. Ale ta dziedzina, choć bardzo ważna dla rzetelności biografii, mimo wszystko nie była tak istotna i znacząca, jak sfera życia duchowego, rozwoju duchowego Ojca, kształtowania przez Niego i ugruntowywania głębokiej wiary, bezgranicznego zawierzenia. Oddanie słowami życia wewnętrznego Ojca, cech charakteru, umysłowości i serca człowieka - człowieka tego formatu jakim był Ojciec - to było najtrudniejsze.

Poznając życie Ojca przekonałam się, że Jego droga usiana była wzlotami i upadkami - tak On sam to określił, była wielkim trudem i radościami, jak każdego człowieka i Ojciec tego nie ukrywał. Ale w tej zwykłości ludzkiej Ojciec był człowiekiem niezwykłym i w sposób niezwykły tworzył ze swej codzienności niecodzienny, nietuzinkowy piękny bukiet kwiatów - darów dla umiłowanego Stwórcy. Był człowiekiem opartym na Bogu, ufnym w Jego opiekę, zawierzającym wszystkie sprawy Najświętszemu Sercu Jezusa i Matce Bożej. To były fundamenty Jego życia, które zapewne dlatego wydawało, przy nieustannej z Jego strony współpracy z Łaską Bożą, tak bogate owoce.

Od młodości budował stopniowo swą duchowość. Od małego chłopca czerpał dobro z bogobojnej atmosfery rodzinnej. Już jako czteroletnie dziecko - w 1902 r. - wziął udział wraz z rodzicami w pielgrzymce do cudownego Obrazu Matki Boskiej z Dzieciątkiem w Gietrzwałdzie, który był wówczas ważnym sanktuarium i jednocześnie ośrodkiem obrony polskości na Warmii. Pielgrzymka ta (rodzice jego, Katarzyna i Jakub Posadzowie uczestniczyli w nich od lat), była dla małego chłopca wielkim przeżyciem, które trwale zachował w pamięci, wracając przez całe życie do tych dziecięcych poruszeń serca. Pamiętał trud wędrówki, choć większą część drogi odbył w ramionach ojca, i rozmodlone tłumy i skupioną modlitwę różańcową swych rodziców.

W domu Posadzych w Szadłowicach, w głównym pokoju stała figura Serca Jezusowego, u stóp której codziennie wieczorem jednoczyła się w modlitwie cała rodzina, a małemu Ignacemu w sposób szczególny utrwaliła się litania o Męce Pańskiej, odmawiana w okresie Wielkiego Postu. Po latach napisał - "Mój ojciec przewodniczył. Pamiętam do dziś jego słowa wypowiadane dźwięcznym głosem. Pamiętam nastrój".

Nic więc dziwnego, że człowiek od lat dziecięcych tak oddany modlitwie i jednoczący się z Bogiem, po ukończeniu gimnazjum, w Inowrocławiu, w 1917 r. wstąpił do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu pragnąc służyć Panu i ludziom na drodze kapłańskiej. Było to zresztą realizacją marzeń Jego rodziców, którzy straciwszy dwóch synów przyrzekli Bogu, że jeśli urodzi się im jeszcze jeden syn dołożą wszelkich starań, aby wychować go na kapłana. Studiował w Poznaniu, w Munster i Fuldzie, znowu w Poznaniu, kończąc nauki i otrzymując święcenia w Gnieźnie. Studia traktował nadzwyczaj poważnie, pogłębiając nie tylko wiedzę, ale i swą duchowość.

To Jego obcowanie z Bogiem, jednoczenie się z Nim, a przede wszystkim kult Matki Bożej i Najświętszego Serca Jezusa, miały wymiar zewnętrzny, jak i - co najważniejsze - wewnętrzny. Z okazji święceń kapłańskich przygotował obrazek prymicyjny, na którym umieścił napis - "Słodkie Serce Jezusa, bądź moją miłością". Zamówił też u jednego z malarzy poznańskich wielki obraz Serca Jezusowego. "Moim pragnieniem było" - napisał - "żeby ten obraz towarzyszył mi przez całe moje życie kapłańskie".

Rozpoczynając w 1921 r. pracę w Poznaniu jako mansjonarz kolegiaty farnej cieszył się, że to właśnie w farze, bowiem tu kształcił się i działał ł tu spoczęły doczesne szczątki, wielkiego czciciela Serca Jezusowego, Ojca Kaspra Drużbickiego XXVII w./, prekursora nabożeństwa do Serca Jezusowego. Toteż tu bardzo często swe kazania poświęcał Najświętszemu Sercu, a wśród parafian szerzył Jego kult i do ich domów wprowadzał Jego obraz.

Wyobrażenie Serca Jezusowego towarzyszyło Ojcu przez całe życie. Jako przykład mogą posłużyć tu takie fakty, jak to, że kaplica w otwartym w 1937 r. Domu Głównym w Poznaniu była konsekrowana pod wezwaniem Najświętszego Serca Bożego; że po zakończeniu II wojny światowej, zaraz po powrocie do poznańskiego Domu chrystusowców, kazał wykonać i wystawić w nim pomnik ku czci Serca Jezusa z napisem - "Bożemu Sercu w hołdzie - 1945". Pomnik ten stoi do dziś w korytarzu głównym na parterze Domu Towarzystwa.

Głęboką czcią obdarzał Matkę Bożą, którą uważał za patronkę Towarzystwa i patronkę wychodźców polskich. Toteż budując początki Zgromadzenia, dla zaznaczenia, że Potulice to królestwo Maryi, wystawił w parku duży pomnik Matki Boskiej Królowej Wychodźstwa Polskiego, poświęcony we wrześniu 1934 r. Przed tym pomnikiem odprawiano zawsze nabożeństwa majowe, a latem wszystkie inne uroczystości religijne. Dwadzieścia lat później doprowadził do postawienia pomnika Matki Bożej Królowej Towarzystwa Chrystusowego w ogrodzie Domu Głównego w Poznaniu, a był to okres, w którym na wystawienie pomnika potrzebna była zgoda władz świeckich, które tej zgody nie wyrażały. Na przekór trudnościom, ukryty nieco wśród drzew, stanął pomnik Maryi, na cokole widniał napis - "Regina Societatis Christi protege nos -31 X 1954". W tym dniu abp Dymek poświęcił go podkreślając, że był to jedyny pomnik wzniesiony w Roku Maryjnym ku czci Matki Bożej na terenie diecezji poznańskiej i dziękując Ojcu oraz całemu Towarzystwu za jego postawienie.

Te zewnętrzne oznaki głębokiej wiary, którą potwierdziła też Jego pielgrzymka do Ziemi Świętej odbyta z potrzeby serca, w upalny lipiec 1927 r., łączył Ojciec nierozerwalnie z wewnętrznym zawierzeniem, umiłowaniem i serdeczną, prawdziwą bliskością, łącznością z Najświętszym Sercem i Maryją, Matką Bożą, przede wszystkim w gorącej modlitwie, w częstym westchnieniu modlitewnym, w rozmyślaniach, kontemplacji i w uczynkach, w codzienności każdego dnia. Bez smugi wątpliwości, w sposób naturalny i oczywisty pokładał pełne zaufanie w Ich opiekę, w Ich wszechwładną moc, w Ich rzeczywistą, realną pomoc w codziennym życiu, w trudach, zmaganiach, słabościach, w sukcesach i radościach. To złączenie z Chrystusem i Jego Matką było autentyczne, niezwykłe, i było tym, co wyróżniało Ojca od innych ludzi. Swoje rozmodlenie i zawierzenie starał się przekazać nie tylko, choć przede wszystkim - młodym klerykom i księżom współbraciom, później siostrom misjonarkom, ale także każdemu spotkanemu na swej drodze człowiekowi. Emanujące z niego umiłowanie Boga powodowało, że wiele osób świeckich już za życia uważało Go za świętego.

Zawierzenie, modlitwa i umiłowanie Boga były dla Ojca fundamentami budowy, rozwijania i utrwalania wszystkich innych cech charakteru. Od młodości zawsze zwrócony był w kierunku drugiego człowieka i już jako chłopiec zainteresował się m.in. losem wychodźców polskich. Z jego rodzinnej włoski Szadłowic wyjeżdżali chłopi do pracy do Zagłębia Ruhry, a niektórzy - na stałe do Stanów Zjednoczonych. Zastanawiał się nad ich losem, nie orientując się, jak układa się ich życie. Ale w okresie studiów w Munster, a potem w Fuldzie, zetknął się z polskimi emigrantami osobiście. Przyjrzał się ich pracy i jej warunkom oraz trudnościom ich codziennej egzystencji. Wszyscy skarżyli się na brak opieki duszpasterskiej. Było to alarmującym sygnałem dla Ojca - młodego wówczas kleryka - że musi w przyszłości zająć się tymi ludźmi, którzy niekiedy umierając, nie mogli wyspowiadać się przed polskim księdzem. Postanowił, że gdy zostanie kapłanem, swój wolny czas poświęci polskim wychodźcom. Nie mógł wówczas przewidzieć, że w przyszłości odda im całe życie.
Już w 1923 r. wyjeżdżając na kurację do Bawarii najpierw z literatury zapoznał się z dziejami polskiej emigracji w Niemczech (w przyszłości czynił to przed każdą podróżą). A potem już w Bawarii, w każdą niedzielę odprawiał Mszę św. dla pracowników polskich tam osiedlonych i rozmawiał z każdym, kto tej rozmowy pragnął. Podobnie czynił w następnym roku będąc w Hesji. Nawet na pielgrzymce we Włoszech - tam również dopytywał się o los emigrantów polskich, których w tym kraju było niewielu. Zainteresowanie Ojca życiem polskich wychodźców musiało zwrócić uwagę innych osób, być może samego prymasa Hlonda. Bowiem Urząd Emigracyjny przy Min. Pracy i Opieki Społecznej poprosił ks. Posadzego o opiekę nad emigrantami polskimi udającymi się do Stanów Zjednoczonych. W sierpniu 1926 r. z Gdańska wypłynął z nimi do Kopenhagi prowadząc rozmowy i podtrzymując, ich na duchu. Potem przebywając czas jakiś w Danii - tam penetrował środowisko polskich wychodźców. To samo czynił w czasie wakacji 1928 r. spędzonych w Rumunii. W 1929 r. przez trzy miesiące przeprowadził inspekcję osad polskich w Ameryce Płd., a wykonywał to na zlecenie prymasa Hlonda. Z kolei w 1930 r. uczestnicząc w Kongresie Eucharystycznym w Kartaginie, również starał się zebrać jak najwięcej informacji na temat życia Polaków w Afryce. Chciał wszędzie dobrze poznać życie Polonii, aby wiedzieć jakiej pomocy oczekują ze strony duchowieństwa polskiego.

Wkrótce otrzymał od prymasa Hlonda polecenie ponownego wyjazdu do Ameryki Płd., celem dokładniejszego zbadania sytuacji Polaków w Brazylii, Argentynie, Urugwaju i Paragwaju. Wędrówka Ojca trwająca cały rok, od sierpnia 1930 r. do sierpnia 1931 r., pełna była niebywałych trudów, uciążliwości, braku wygód, dróg przebywanych poprzez dżungle na mułach lub pieszo (a przewędrował przecież setki kilometrów), noclegów na łóżkach polowych w zakrystiach lub w samych kościółkach, kilka razy pod gołym niebem, skromnego jedzenia, tropikalnych upałów i deszczy, malarii - na którą zachorował. Ale był człowiekiem ogromnie wytrwałym, którego nie mogły pokonać żadne trudności. Nie one Jego, lecz to On je pokonywał z uporem i hartem ducha i tak dążył zawsze do realizacji postawionych przed sobą zadań. I wszystkie starał się wykonać jak najlepiej. Były to cechy, które Ojciec wypracował w sobie już od wczesnych lat młodości i kształtował, udoskonalał je przez całe życie i przez całe swe życie był im wierny.

Był takim we wszystkich podejmowanych zadaniach. Ale tu mówimy o Polonii w świecie - a więc także w dążeniu do zapewnienia jej opieki duszpasterskiej. Najpierw czynił to na własną ręką, z własnej inicjatywy i autentycznej troski o nią. Te zainteresowania Ojca dostrzeżone zostały przez prymasa Hlonda, który w 1931 r. właśnie Jemu powierzył zorganizowanie nowej wspólnoty zakonnej, której celem byłaby opieka nad polskimi wychodźcami.

Ks. Posadzy podjął to zadanie, choć żywił przekonanie, że nie tylko nie miał ku temu zdolności organizacyjnych, ale także i sił fizycznych. Uważał jednak, że nie wolno mu uchylać się od obrania nowej drogi życia, która była wyrazem Woli Bożej. Modlił się "Panie, niech będzie Twoja wola, nie moja. Niech moją dewizą będzie - zapomnieć o sobie - pamiętać o bliźnich". Budowa zgromadzenia nie była sprawą łatwą, ale Ojciec - człowiek wybrany przez Boga, obdarzony niebywałą siłą ducha, którą wspierał modlitwą i zawierzeniem, był właśnie tym, który mógł stworzyć taką wspólnotę. Jego wrodzona skromność, która wraz z osiąganymi sukcesami pogłębiała się stale, nie pozwalała przypisywać sobie jakichkolwiek zasług.

Tworzenie wspólnoty zakonnej poświęcającej się pracy wśród emigrantów polskich było nadto pełną realizacją Jego zamierzeń niesienia pomocy Polakom rozproszonym po całym świecie. Rzucił się w wir prac przygotowawczych i z błogosławieństwem kard. Hlonda, w dniu 23 sierpnia 1932 r. wyjechał do Potulic k. Nakła, które stały się Domem Macierzystym nowego Zgromadzenia, erygowanego przez Prymasa Polski w dniu 8 września 1932 r. pod nazwą "Zgromadzenie Świętego Grobu", zmienioną w czerwcu 1933 r. na Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźców". Ta nazwa przetrwała do 1968 r., zmieniona wówczas na obecną, tj. "Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej".

Praca w Potulicach wymagała od Ojca mocy, wytrwałości ł zmysłu organizacyjnego, a obok tego umiejętności prowadzenia młodych ku kapłaństwu, przeniknięcia do ich serc i umysłów, nawiązania bliskich kontaktów. W działaniach tych wspierał Go duchowo Założyciel, który przekonał się, że dokonał właściwego wyboru powierzając ks. Posadzeniu organizację nowego Zgromadzenia. Jednak z kłopotami życia codziennego borykał się Ojciec sam, wszystko zawierzając Bogu i modląc się gorąco w intencji rozpoczętego dzieła. Kronikarz napisał o Ojcu, że "odznaczał się on szczególnym darem przemawiania, zwłaszcza do młodzieży, którą wdrażał w zasady życia wewnętrznego, uczył modlitwy, rozmyślania. Ukazywał piękno powołania zakonnego i kapłańskiego oraz posłannictwo nowego Zgromadzenia - pracę wśród polskich emigrantów. Od samego początku wpajał, że nie tylko on buduje nowy gmach Zgromadzenia, ale wszyscy razem. Posiadał szczególny talent wciągania wszystkich do współpracy. Wytworzył taką zakonną wspólnotę, za którą każdy czuł się odpowiedzialny".

A przecież trzeba pamiętać, że Ojciec był przez ponad 10 lat księdzem diecezjalnym i sam musiał niejako nauczyć się, przygotować i wciągnąć w powołanie zakonne, odczuć je sercem i umysłem 16 X 1933 śluby zakonne Ojca, 25 III 1935 - śluby dozgonne). Czytał dużo na ten temat - głównie lektury podsunięte przez kard. Hlonda, jak zwykle bowiem - do wszystkich zadań przygotowywał się bardzo starannie. I dlatego w tych tak dobrze układających się działaniach zaowocowały wytrwała praca Ojca nad własnym rozwojem, nad własną osobowością, wysiłek nad doskonaleniem samego siebie i innych i silne postanowienie dobrego wywiązania się z nałożonych nań obowiązków. Zaowocowała tu również działalność, którą Ojciec prowadził wcześniej, tj. w latach 1921 do 1931 w Poznaniu, a którą też starał się wszelkimi siłami wykonywać jak najlepiej. Był przecież wówczas nie tylko znakomitym nauczycielem w seminariach nauczycielskich (żeńskim i męskim), ale również rozchwytywanym kaznodzieją, prelegentem i przede wszystkim spowiednikiem, umiejącym wsłuchać się w zmagania innych ze swymi słabościami, zawsze otwartym na potrzeby każdego człowieka.

Pozostawała cała sfera codziennych kłopotów, których głównym źródłem był nieustający brak pieniędzy. W początkach działalności w Potulicach pewną kwotę otrzymał Ojciec od kard. Hlonda, resztę dołożył z rocznej pensji otrzymanej z seminariów, a potem z dobrze sprzedającej się, wydanej w 1933 r. swojej książki "Drogą pielgrzymów". Przystosował pałac potulicki dla potrzeb Zgromadzenia, z części parku utworzył ogród warzywny, wprowadził hodowlę trzody chlewnej i drobiu. Już w połowie 1933 r. zakupił maszynę drukarską i Zgromadzenie rozpoczęło działalność wydawniczą od publikacji "Głosu Seminarium Zagranicznego". Z biegiem lat wydawnictwo potulickie rozwinęło się, obok od początku 1936 r. wydawanego już jako dwumiesięcznik "Głosu Seminarium Zagranicznego", od marca 1936 r. zaczęto publikować nowy miesięcznik "Msza Święta", którego redaktorem był Ojciec. Niezależnie od stałych wydawnictw, drukarnia potulicka wydawała różnego rodzaju książki o tematyce religijnej i wychodźczej. Od tego też roku wydawnictwo zaczęło przynosić pewien dochód, początkowo przeznaczony na jego potrzeby, później wspierający także całe Zgromadzenie.

Były to skromne dochody, jak na potrzeby Potulic i Ojciec nieustannie walczył o pieniądze. Pożyczał je od zaprzyjaźnionych księży, także z kasy Prymasa, która nie obfitowała w duże zasoby ł pieniądze trzeba było oddawać. Wykazał niebywałą energię w zdobywaniu funduszy i zdawał sobie sprawę, że w tej dziedzinie, pozornie prozaicznej, musi liczyć tylko na siebie. Wiedział, że nie może dopuścić do tego, by tak dobrze rozwijające się dzieło Boże zaczęło kuleć z braku środków utrzymania. Dzięki wpływom kard. Hlonda, ale przede wszystkim dzięki staraniom Ojca, wielu biskupów i księży z całej Polski wspierało Potulice, fundowało stypendia dla kleryków studiujących filozofię w seminarium w Gnieźnie, a potem teologię w seminarium w Poznaniu; jedno stypendium ufundował kard. Hlond, takie samo Ojciec Ignacy z pieniędzy jakie otrzymał od rodziny (prawdopodobnie jako spłatę przy podziale majątku i objęciu przez jego siostrę gospodarstwa w Szadłowicach). Wielu też ludzi wspomagało Potulice przesyłając mniejsze lub większe datki. W tych trudach często szukał pociechy u Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej, której obraz znajdował się w kościele oo. franciszkanów na Wzgórzu Przemysława w Poznaniu. Tu znajdował pokrzepienie i pomoc, modlił się serdecznie, by Matka Boża ratowała Towarzystwo w beznadziejnym zdawałoby się położeniu. Gorąca wiara powodowała, że wszystko mógł wyjednać, a sprawy skomplikowane dały się łatwo rozwiązać.

Jego walka o egzystencję Towarzystwa była zupełnie niewiarygodna. Ileż w tym było samozaparcia, siły wewnętrznej, a także siły fizycznej. W pełnionej funkcji przełożonego połączył wszystko - duchowe przywództwo, naukę, dbałość o każdego i całość Towarzystwa, organizowanie jego życia w najdrobniejszych szczegółach, upokarzającą żebraninę o pieniądze, a jednocześnie głęboką wiarę, wielkość duchową i umiejętność pokonania wszystkich trudności. Był wielkim nie tylko w sprawach wielkich. I to, że w pierwszych latach swego istnienia Towarzystwo zdołało się utrzymać, stało się w zasadzie wyłączną zasługę Ojca Posadzego.

Nie tylko utrzymać, ale rozwijać się. W Potulicach powstało wiele warsztatów umieszczonych od 1934 r. w zbudowanym domu rzemieślniczym. W 1936 r. zburzono oficynę przylegającą do pałacu i postawiono tam nowy budynek, który pełnił funkcję refektarza mieszcząc 250 osób.

Ojciec, stale kładąc nacisk na rozwój życia wewnętrznego, duchowego kleryków, na przestrzeganie Ustaw Zgromadzenia napisanych przez kard. Hlonda, zachęcał także chłopców do uprawiania sportów, do tworzenia teatru amatorskiego. Walka o egzystencję materialną, choć tyle o niej tu mowy, nigdy nie przysłoniła spraw duchowości, spraw pozamaterialnych, także w życiu samego Ojca.

Jednym z najważniejszych jego przedsięwzięć było podjęcie, przy aprobacie Prymasa, decyzji o budowie Domu Głównego w Poznaniu na gruntach ofiarowanych przed laty przez Kapitułę Metropolitalną Ks. Prymasowi pod przyszłe Seminarium Zagraniczne, gdzie w 1930 r. z pieniędzy zebranych przez społeczeństwo wystawiono fundamenty zaprojektowanego gmachu. Nie było mowy o tym, aby można było zrealizować cały projekt, ale choć jedno skrzydło... Ojciec wiedział, jak bardzo zależało kard. Hlondowi na tym, aby Zgromadzenie miało własne seminarium. Dodatkowym, lecz ważnym argumentem był fakt, że klerycy studiujący w Poznaniu w najbliższej przyszłości nie mieliby gdzie mieszkać ze względu na coraz większą ciasnotę w Seminarium Arcybiskupim.

W 1936 r. rozpoczęto budowę Domu - nie do wiary - przy prawie całkowitym braku pieniędzy. Pożyczka udzielona przez Bank Gospodarstwa Krajowego pokrywała zaledwie 1/3 kosztów. Dzięki zabiegom Ojca - z pomocą przyszło społeczeństwo, niektóre urzędy, w tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także Polonia, ale funduszy wciąż było mało. Mimo to budowa postępowała naprzód. Wytrwałość Ojca i pracowitość - przecież zabiegając o budowę Domu w Poznaniu musiał jednocześnie troszczyć się o Potulice -były wprost nieprawdopodobne. Ale Jego starania uwieńczone zostały sukcesem i w październiku 1937 r. klerycy wprowadzili się do nowego gmachu - wewnątrz nie całkowicie wykończonego.

Ojciec Ignacy dziękował Bogu za owoce swej pracy i jednocześnie za siły duchowe i fizyczne, jakimi Bóg nieustannie Go obdarzał, a dzięki którym pokonywał wszelkie trudności ciągle będąc w rozjazdach i załatwiając wiele różnych spraw. Kiedyś, podejmując zadanie budowy Zgromadzenia obawiał się, że ich nie starczy. Tymczasem zdołał zrobić więcej niż przewidywał i nadal ciężko pracował, dźwigając trudy związane zarówno z funkcjonowaniem Potulic, jak i nowego Domu, trudy duchowe ł fizyczne. Często zamyślał się nad tym, jak małej wiary był człowiekiem i czynił sobie wyrzuty z tego powodu. Skoro Bóg poprzez Prymasa powierzył mu takie zadanie, powinien z większą ufnością podejść do swych możliwości danych Mu przez Najwyższego.

II wojna światowa, która mogła przekreślić wszystkie dotychczasowe wysiłki Ojca i doprowadzić do rozpadu tak dobrze rozwijającej się wspólnoty zakonnej, lecz trzeba pamiętać, że wspólnoty młodej bo istniejące dopiero 7 lat, wspólnoty w trakcie formacji, oczywiście wstrzymywała jej rozkwit, chociażby ze względu na niemożność naboru do nowicjatu, lecz nie spowodowała upadku Zgromadzenia. Ojciec, mimo, że poszukiwany przez gestapo, ukrywając się, prowadził jednak ożywioną działalność w Krakowie, gdzie znalazła się większość chrystusowców. Klerycy kształcili się tam, otrzymywali święcenia i w rezultacie do czerwca 1944 r. (potem klerykat przestał istnieć) Towarzystwo dało Kościołowi ponad 40 kapłanów. To, że tak owocnie przetrwało było przede wszystkim zasługą Ojca, efektem Jego trudu, wysiłku, niesłychanej aktywności. Pragnął ukształtować przede wszystkim duchowość kleryków, przelać na nich pokój i wewnętrzne dobro oparte na wierze, a szczególnie na umiłowaniu Serca Jezusowego i Matki Bożej, poczucie odpowiedzialności zarówno za Towarzystwo, jak i za każdego człowieka.

Okres krakowski nauczył Ojca pracy w jak najbardziej ekstremalnych warunkach, bo w zagrożeniu własnego życia. Wcześniej, np. w czasie podróży po Ameryce Płd., czy w latach borykania się z poważnymi kłopotami w okresie tworzenia Zgromadzenia wydawało Mu się, że już nie może być nic bardziej trudniejszego. Okazało się, że może i że nawet w takiej sytuacji potrafił sprostać zadaniom.

Po zakończeniu wojny nie było czasu na odpoczynek. Potulice były stracone, ale na szczęście ocalał Dom na Ostrowie Tumskim. Z wybitymi szybami, podziurawiony pociskami artyleryjskimi ocalał jako jedna z nielicznych budowli na Ostrowie. Ojciec uznał to za szczególny dar Boga. Rozpoczęła się ciężka praca odbudowy domu i przygotowania go do normalnego funkcjonowania. Wrócił też do Poznania kard. Hlond - duchowa podpora Towarzystwa i samego ks. Posadzego, który po powołaniu do życia przez Prymasa Rady Naczelnej Towarzystwa, nadal pełnił funkcję przełożonego naczelnego, a jego zastępcą został ks. Florian Berlik, najwierniejszy towarzysz i pomocnik już od 1934 r. Towarzystwo na polecenie kard. Hlonda objęło opieką duszpasterską Ziemie Zachodnie, tj. głównie Pomorze Zachodnie. O wyjazdach poza granice Polski do pracy wśród wychodźców polskich przez długie lata nie było mowy, choć ks. Posadzy od schyłku lat 40-tych starał się o to usilnie.

Największym ciosem dla Ojca była śmierć kard. Hlonda - w październiku 1948 r. Tego silnego duchem, opartego o Boga, umiejącego pokonać wszystkie trudności człowieka, załamało odejście Założyciela. Choć sam dźwigał na swych barkach troskę o całość Zgromadzenia, to jednak zawsze wiedział, że był ktoś, kto myślał o nich, doradzał i modlił się w ich intencji. Założyciel był dla nich duchowym oparciem. Człowiekiem mocnym duchowo i fizycznie, człowiekiem, z którym bardzo blisko był związany przez 16 lat. Wydawał Mu się niezniszczalny, jeśli myślał o śmierci, to raczej o własnej (b. często), a nie Założyciela. Trudno było Mu pogodzić się z tym ciosem, tak zwyczajnie, po ludzku. Martwił się też, co teraz stanie się z Towarzystwem.

Musiał jednak opanować uczucia i dalej pracować. Wytrwale dążył do odbudowy Towarzystwa, do rozwoju nowicjatu, do kształtowania duchowości kleryków, dbając o postawę księży chrystusowców (nie tylko księży, ale także i braci), pracujących na Pomorzu Zachodnim i w Poznaniu. Jedną z dróg otaczania całej swej gromadki opieką widział w pisaniu do niej listów zwanych okrężnymi. Podtrzymywały one więź z Domem Głównym, przynosiły poczucie jedności i braterstwa. Przypomniał w nich wskazania formacyjne Założyciela, umacniał duchowość, zawierzenie Bogu, ofiarowanie się Matce Najświętszej i Sercu Jezusowemu i podkreślał umiejętność i ważność modlitwy. Jeśli chodzi o sferę duchowości - dbał o nią w sposób szczególny - starając się rozmawiać z każdym, aby nie tylko wspomóc w chwilach trudnych, ale podzielić się własnymi doświadczeniami. Wiedział, przekonał się o tym już w pierwszych latach swego kapłaństwa (a nawet wcześniej), jak wielką rolę w życiu księży, kleryków, nowicjuszy (ale także i w życiu świeckich) odgrywa rozmowa, poświęcenie uwagi drugiemu człowiekowi, wysłuchanie go. Nie tylko nauczył się tego przez lata, ale była to przede wszystkim cnota wypływająca z niego samego, ukształtowana przez niego cnota umiejętności słuchania drugiej osoby, nie lekceważenia jej najdrobniejszych problemów i bez chwili wahania poświęcanie swego czasu każdemu człowiekowi. Było coś fascynującego w tym pochyłemu się Ojca do drugiego człowieka.

Oprócz budowy duchowej Towarzystwa - jako rzeczy naczelnej, Ojciec musiał zatroszczyć się o odbudowę materialną. Służyli Mu pomocą inni chrystusowcy, ale On zawsze czuł się odpowiedzialny za wszystko. To poczucie odpowiedzialności, jeden z głównych rysów Jego osobowości, pogłębiał nieustannie. Choć już w listopadzie 1947 r. zamieszkał w domu ofiarowanym przez prymasa Hlonda chrystusowcom - w "Betanii" w Puszczykowie, stale dojeżdżał do Poznania, by zadbać o każdy szczegół. Niemniej chętnie powracał - choć na krótko - do Puszczykowa, gdzie piękno przyrody przybliżało Mu obecność Boga. W natłoku zajęć odczuwał brak tego bezpośredniego kontaktu ze Stwórcą, dla którego wszystko z radością poświęcił, któremu pragnął służyć do ostatniego tchu. Ale czasem żałował, że nie może oddać się tylko modlitwie i kontemplacji. Miał nadzieję, że na to przyjdzie jeszcze czas, na razie czekała intensywna praca.

Powoli naprawiono zniszczony gmach, urządzono ogród, wzbogacano bibliotekę, tworzono niezbędne do funkcjonowania warsztaty, a przede wszystkim wydawnictwo - już w marcu 1946 r. wznowiono wydawanie miesięcznika "Msza Święta" i innych okolicznościowych wydawnictw. W roku akademickim 1950/51 Dom Główny stał się w pełni Domem chrystusowców, bowiem zaczęto prowadzić w nim całokształt studiów. W ten sposób Ojciec uczynił zadość planom Założyciela, który w 1933 r. powiedział: "Dopiero wtedy będę spokojny o losy Towarzystwa, gdy będziecie mieli własne studia". Ojciec starał się, aby wykładowcy reprezentowali najwyższy poziom duchowy i intelektualny. Uważał, że przyszli księża muszą zdobyć rzetelną wiedzę, by móc później wziąć udział w społecznym i intelektualnym życiu społeczeństwa. Był zdania, że kapłani powinni posiadać szeroką wiedzę, "winni zaliczać się do arystokracji umysłowej" - jak to określał. Szczególnie dbał o seminarium, które uznawał za "źrenicę swego oka", otaczał je troską i robił wszystko, by jego duch był autentyczny, zakonny. Bolał nad tymi klerykami, którzy odchodzili z seminarium, decydowali się na odejście od kapłaństwa. Przeżywał takie przypadki jako osobistą porażkę, jakby sam czegoś w porę nie dostrzegł, jakby zbyt mało rozmawiał z danym człowiekiem.

Z biegiem lat rozwijał się Dom Główny, rozwijało się seminarium, wzrastała liczba powołań. Ojciec włączony był aktywnie we wszystkie działania, nieustannie też wizytował placówki chrystusowców na Pomorzu Zachodnim oraz domy nowicjatu i kleryków. Największym Jego zmartwieniem była niemożność uzyskania od władz świeckich pozwolenia na wyjazdy księży za granicę, gdzie czekały na nich rzesze wychodźców polskich. Co prawda kilku chrystusowców pracowało w Europie, ale byli to ci, których rzuciły tam losy wojenne i już tam pozostali. U schyłku 1956 r. udało się wreszcie uzyskać paszporty. Pod koniec 1957 r. jeden z chrystusowców objął placówkę w Calgary w Kanadzie, na początku 1958 r. - inny w Brazylii. Było to niczym w porównaniu do potrzeb wychodźców.

Ojciec więc nie ustawał w staraniach o paszporty dla księży, choć bez rezultatów. Martwił się, że nie mógł doprowadzić do tego, by Towarzystwo pełniło swe podstawowe zadanie, tj. swą misję wśród emigrantów, co było wynikiem ówczesnych stosunków politycznych, a nie Jego osobistych niedostatków. Niemniej w jakiś sposób winą obarczał siebie. Obok więc nieustawania w zabiegach o zgodę na wyjazdy, poświęcił się m.in. doskonaleniu siebie i członków Towarzystwa. Żywił głębokie przekonanie, że im wyższy będzie Jego poziom moralny, tym lepsi będą członkowie wspólnoty zakonnej i lepsze ich życie. Częstym też tematem Jego rozważań i głoszonych konferencji były problemy nadziei i zaufania. Uważał, że należało stale żyć nadzieją, która wspomagała każdego człowieka w jego życiu i pracy. Starał się przekazać innym swą ufność i nadzieję pokładaną w Bogu. Często podkreślał -"na Niego liczę, stawam, On mi da radość w utrapieniu". Na przekór trudnościom to było dla Niego (a chciałby, żeby i dla innych) źródłem optymizmu życiowego i chrześcijańskiej nadziei. Zrozumieć to - oznaczało stworzenie w sobie bazy optymizmu, pogodnego poglądu na świat. Wiedział, że kłopoty i zmartwienia będą Mu towarzyszyły, ale głęboka wiara w Boga stwarzała inne perspektywy i inne podejście do trosk. Należało również żywić pełne zaufanie do drugiego człowieka, co pomagało w stosunkach międzyludzkich. Zasada ta w życiu codziennym budziła optymizm i dobro, które tkwiło w każdym człowieku.

Wreszcie w 1961 r., a w większej liczbie w 1962 r., chrystusowcy otrzymali paszporty i wyruszyli w świat, do pracy wśród emigrantów polskich - do Francji, Australii, Brazylii, później do Stanów Zjednoczonych, a także do innych krajów europejskich. Ojcu również wydano pozwolenie na wyjazd.

Rok 1964 zaznaczył się ważnym wydarzeniem w dziejach Towarzystwa i w życiu Ojca. Z dniem l października 1964 r. Stolica Apostolska wydała Dekret zatwierdzający definitywnie Towarzystwo i jego Ustawy. Teraz Ojciec mógł już zupełnie spokojnie myśleć o wspólnocie zakonnej, o jej dalszych losach i posłannictwie, choć wiedział, że nigdy nie należy zaniedbywać spraw duchowych. Nastał też okres, w którym dużo czasu poświęcał na Dom Główny i rozjazdy po Polsce do placówek chrystusowców - aby rozmawiać z księżmi i klerykami, głosić konferencje, przeprowadzać dni skupienia - czyli na duchową opiekę nad Zgromadzeniem, co zawsze czynił, ale teraz bez obciążeń innymi sprawami, bowiem troski materialne, organizacyjne spoczęły na barkach innych księży.

Z upływem lat stawał się bardziej krytyczny i surowy w stosunku do siebie. Twierdził, że "człowiek przez całe życie toczy walkę o swoje uświęcenie, a im bliżej Boga, tym bardziej widzi swoje niedoskonałości. Tyle wysiłku, a takie mdłe. Nie postąpiłem ani w życiu wewnętrznym, ani w gorliwości zewnętrznej" - tak pisał człowiek, który - jak można to było wyraziście odczytać z Jego postępowania - osiągał krok po kroku wyżyny doskonałości w uświęcaniu siebie, w miłowaniu Boga i umiłowaniu człowieka, w pracy, w budowie dzieła Bożego, tj. nowego Zgromadzenia.

Coraz silniejszy duch pokory nie pozwalał Ojcu na jakiekolwiek względy wobec samego siebie. Mówił - "Wszystko rzucam w strumień krwi Chrystusowej, zanurzam we łzach Matki Najświętszej. Wierzę, ufam, że wszystko zostanie zmyte, oczyszczone".

Coraz też częściej Ojciec myślał o tym, iż powinien ustąpić ze stanowiska Przełożonego Generalnego. Ze względu na wiek - nie miał siły, by pełnić tę funkcję, choć nie zamierzał zrezygnować z udziału w życiu Towarzystwa, w kształtowaniu duchowości jego członków. Przez ponad 35 lat był Przełożonym Generalnym, Towarzystwo było jakby Jego "dzieckiem" umiłowanym ze wszech miar, ale nadszedł już czas, aby ktoś inny zajął Jego miejsce. Przełożonym był w Potulicach, w Krakowie i w pierwszych trudnych powojennych latach, potem wybierany w czasie I Kapituły w 1951 r., II - w 1957 r. i III - w 1963 r. Po porozumieniu się z Radą Generalną Towarzystwa, w lutym 1968 r. udał się do Rzymu i w Kongregacji do Spraw Zakonnych złożył rezygnację ze swego urzędu, który pełnił jednak do zebrania się IV Kapituły w lipcu 1968 r. i wyboru ks. Floriana Berlika na stanowisko Przełożonego Generalnego.

Przez całe lata pracy na stanowisku Przełożonego Towarzystwa, myślą przewodnią Ojca była sprawa opieki duszpasterskiej nad Polonią - czemu dał wyraz już w pierwszych latach kapłaństwa odbywając podróże na własną rękę, potem na polecenie kard. Hlonda do Ameryki Płd. Nim zrealizował decyzję o wyjeździe - przedtem wertował książki, dokształcał się, zapoznawał z historią danego kontynentu czy kraju, z jego ludnością i kulturą, a nadto z dziejami Polonii na tym obszarze, na który się wybierał. Był człowiekiem niesłychanie żądnym wiedzy, skrupulatnym i systematycznym w jej pogłębianiu, do tego autentycznie zainteresowanym innymi ludźmi, ich kulturą, krajem zamieszkania i życiem Polaków w obcym świecie. Dał temu wyraz w swych licznych relacjach, artykułach i książkach. Toteż po latach stał się najlepszym znawcą problemów Polonii w świecie, a poza tym znawcą historii kontynentów i kultur ich mieszkańców. Dążność do poszerzania wiedzy była bardzo charakterystyczną cechą Ojca, do poszerzania jej nie tylko z literatury. Wszędzie bowiem gdzie był, interesując się głównie problemami Polonii, zajmował się całym wachlarzem innych zagadnień, obserwował niekiedy zupełnie nieznane mu zjawiska, zwiedzał wszystko na tyle, na ile pozwalał mu czas, wypytywał o wiele spraw, nie pomijał nawet drobnych szczegółów, wszystko rejestrował piórem i aparatem fotograficznym.

Z troski o Polonię wypływały, m. in. Jego dbałość o wysoki poziom moralny, etyczny i duchowy oraz szeroką wiedzę członków Towarzystwa. Jako Przełożony sam też jeździł i nie tylko poznawał życie Polaków na emigracji, ale starał się im pomóc - jak zwykle zwrócony był w stronę drugiego człowieka i jego potrzeb. W 1937 r. odbył 3-miesięczną podróż do Manili na Kongres Eucharystyczny, a wszędzie gdzie zawijał statek dopytywał się o Polaków. Po zakończeniu Kongresu, pociągiem pojechał do Harbina, gdzie zapoznał się z życiem Polonii harbińskiej. Wracając do kraju przez Rosję sowiecką, w Moskwie, mimo przydzielonego mu "opiekuna" zdołał skontaktować się z mieszkającymi tam Polakami i dowiedzieć się o tragicznym ich losie, nie tylko ich, ale wielotysięcznej rzeszy mieszkańców tego "raju". Z kolei w 1939 r. odbył podróż do Danii, Francji i Niemiec kontaktując się z przewodniczącymi stowarzyszeń polonijnych, z ich duszpasterzami i z Polakami, stale proszącymi o polskich księży. Prośby te bolały Ojca, bowiem wówczas nie mógł zaspokoić tych potrzeb, a tak bardzo pragnął. I tym silniej ugruntowywało się w nim przekonanie, że musi jak najbardziej starać się, aby polscy kapłani podjęli jak najspieszniej swą działalność wśród Polonii. Wciąż żywo przypominały mu się słowa kard. Hlonda - "Na wychodźstwie polskie dusze giną".

W czasie okupacji niewiele mógł zdziałać na rzecz Polonii - najważniejszym zadaniem była ochrona, ocalenie Towarzystwa. Jednak i w tym okresie udało się kilku chrystusowcom wyjechać wraz z Polakami wysłanymi do Niemiec na roboty. Choć nie mogli ujawnić się jako księża, swą postawą, pokrzepiającym słowem starali się nieść pomoc przymusowo pracującym na terenie Rzeszy.

Po II wojnie światowej (dopiero w latach 50-tych i 60-tych) mogli chrystusowcy wyruszyć do pracy poza granice kraju. W 1957 r. wyjechał też ks. Posadzy. Przebywał wówczas we Francji i we Włoszech interesując się głównie sytuacją Polaków mieszkających z dala od Ojczyzny. Następną podróż odbył w 1958 r. zatrzymując się w Danii, Szwecji i Niemczech Zachodnich. Szczęśliwe to były dla Niego dni, w których mógł - jak ongiś, przed wielu laty - rozmawiać z przedstawicielami Polonii, zapoznawać się z ich potrzebami mając nadzieję że już niedługo chrystusowcy w większej liczbie zajmą się Polonią, wyczekującą wsparcia duchowego. Najdłuższą po II wojnie światowej podróż, trwającą pół roku, odbył w 1963 r. trochę lękając się, czy podoła trudom wędrówki. Skończył 65 lat i czuł ubytek sił. Niemniej uważał, że musi wypełnić swój obowiązek i przeprowadzić wizytację placówek chrystusowców rozproszonych po świecie, jak również spotkać się z Polonią, o którą tak bardzo troszczył się od wielu lat. Kolejno odwiedził Niemcy Zachodnie, Francję, Włochy, Anglię, potem udał się do Brazylii, kraju, który ukochał szczególnie dzięki swym podróżom odbytym w latach 30-tych. Z Brazylii odleciał do Wenezueli i dalej - do Stanów Zjednoczonych, a następnie do Kanady. Z Kanady odleciał do Europy i tu ponownie zwizytował placówki chrystusowców w Anglii, Francji i Niemczech Zachodnich. Placówki europejskie odwiedził jeszcze w 1971 r. i w 1972 r. Dziękował Bogu za tę łaskę, że mógł osobiście wspierać duchowo Polaków mieszkających w innych krajach, że nie tylko tworzył wspólnotę zakonną specjalnie dla zaspokojenia potrzeb duchowych Polonii, ale że i sam uczestniczył bezpośrednio w pracy duszpasterskiej poza Polską, że mógł tam cieszyć się owocami swych trudów - osobistych, jak i współbraci.

W trosce o Polonię założył też nowe zgromadzenie, bliźniacze z Towarzystwem Chrystusowym - Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla. Wiedział jak bardzo brakuje sióstr w pracy wśród emigrantów i jak ogromnie są one potrzebne. Zdawał sobie sprawę z tego, że będzie to wymagało Jego wielkiej pracy, ale nigdy nie rezygnował z realizacji celów, które stawiał przed sobą. Rozpoczął prace organizacyjne w 1958 r. i poświęcił im wiele czasu. Z wysiłkiem umysłu ł serca Ojciec tworzył żeńską wspólnotę zakonną, myśląc o jej ustawach i formacji, o jej misjonarskim posłannictwie - pracy wśród wychodźców polskich.

21 listopada 1959 r. abp Antoni Baraniak podpisał dekret erekcyjny Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla. Zgromadzenie to stało się bardzo bliskie sercu Ojca. Jeździł często do Moraska, gdzie mieścił się Dom Główny sióstr. Prowadził dla nich dni skupienia, konferencje, rozmawiał z każdą, krzepiąc je słowem, napełniając otuchą ł wiarą w słuszność powołania. Jedna z sióstr napisała - "zachęcał nas do gorliwości, do wznoszenia serc i myśli ku niebu, do realizowania swej świętości w codziennych zmaganiach z własną słabością". Według jej opinii Ojca otaczała szczególna aura wynikająca z Jego niezwykłej osobowości przenikniętej nadprzyrodzonym widzeniem wszystkich ziemskich spraw. Potrafił rozwiać każdy smutek i każde zniechęcenie, napełniał optymizmem i ufnością. Żył Zgromadzeniem, wierzył głęboko w sens i potrzebę jego istnienia. Był przekonany, że jest ono Bożym dziełem, dlatego w przyszłość patrzył z wielką ufnością i optymizmem niczego się nie obawiając. Dalej napisała, że "Ojciec Założyciel był człowiekiem ukształtowanym przez łaskę, człowiekiem wiary i nadziei".

Wśród licznych, nieraz trudnych zmagań duchowych i materialnych, Ojciec znajdował czas na pisarstwo. Lubił pisać i wiele obserwacji, odczuć, przemyśleń przelewał na papier. Przez całe lata prowadził pamiętnik, a nadto napisał wiele artykułów, dwie książki i liczne relacje z odbytych podróży (ponad 150 prac). Pisał językiem pięknym, niepowtarzalnym i nie szczędził czytelnikom tego daru Boga. Nadto pisał rzetelnie, uzupełniając swoje obserwacje wiadomościami z książek naukowych, encyklopedii i podręczników. Jak zwykle wszystko robił perfekcyjnie. Nie lekceważył czytelnika, "nie pisał pod publiczkę, po to by "byle czym" wypełnić stronę" - z taką opinią spotkałam się ongiś...

Życie Ojca wypełnione było po brzegi modlitwą i pracą. Kiedy w 1968 r. zrezygnował z funkcji Przełożonego Generalnego, nadal otaczał opieką duchową obydwa Zgromadzenia, dużo jeździł do Poznania, Moraska, na Pomorze Zachodnie i do placówek nowicjackich i kleryckich głosząc konferencje i prowadząc dni skupienia. Wciąż czuł się odpowiedzialny za duchową formację współbraci i sióstr i zdał sobie sprawę, że tak już będzie do końca jego życia. Nie mógł zrzucić z siebie tego co stworzył. Tak stworzył i dlatego trudno mi mówić o Ojcu jako o Współzałożycielu. Uważam, że był Założycielem Towarzystwa na równi z kard. Hlondem.

Z biegiem lat - nie porzucając całkowicie swych zajęć - z konieczności coraz rzadziej wyjeżdżał z Puszczykowa. To do niego przyjeżdżali współbracia, siostry, a także znajomi. Coraz więcej czasu spędzał na modlitwie i rozważaniach. Wiedział, że zbliża się do kresu życia ziemskiego. Prosił Boga o wybaczenie grzechów, słabości i zaniedbań. Prosił o łaskę spokoju i heroizmu w cierpieniach. Bał się cierpień, a przede wszystkim śmierci -zwyczajnie, po ludzku. Jednak pragnął uczynić śmierć owocną na drodze zjednoczenia z Chrystusem. "Sztuka cierpienia i sztuka umierania" były częstym tematem Jego rozmyślań. Napisał w pamiętniku - "oswajam się z myślą o śmierci. Wizja spotkania z Chrystusem jest dla mnie nadzieją i pokrzepieniem. Wszelkie formy cierpienia stanowią łaskę szczególnie wówczas, gdy są przeżywane w zjednoczeniu z cierpiącym Chrystusem. (...) Modlę się o cierpliwość myśląc - dla Ciebie Chryste, Tobie ofiaruję te okruchy mego cierpienia".

W dniu 10 stycznia 1984 r. odprawił po raz ostatni Mszę św. Dostał wysoką temperaturę i silne bóle. Cierpiał bardzo, ale świadomie - ofiarując te cierpienia za Towarzystwo. Już nie odprawiał Drogi Krzyżowej, które to modlitwy w ciągu lat szczególnie umiłował, lecz brał w niej udział. Szedł mężne z krzyżem bólu i cierpienia za swoim ukochanym Mistrzem, szedł na Golgotę Konania. Zmarł rano 17 stycznia. Z uśmiechem na twarzy przeszedł na wieczny spoczynek - do ciszy łąk i kwiatów Pańskich, do Boga, którego życiem, pracą i sercem ukochał najgoręcej, jak człowiek prawdziwej i głębokiej wiary. Człowiek Boży. Nie tylko poprzez swoje uczynki, dzieła, ale przede wszystkim poprzez swą postawę, czynienie dobra, szlachetność, nieugiętość wobec zła, łagodność i całkowite, głębokie oddanie się Ojcu, Jego Synowi, Duchowi Świętemu i Matce Najświętszej. Prawdziwy człowiek, z lękami, które pokonywał, słabościami, które przezwyciężał, z działaniem na rzecz Kościoła, wzór dobroci i świętości.

Msza żałobna odprawiona w katedrze poznańskiej, której przewodniczył Ksiądz Arcybiskup przy udziale 12 biskupów i ponad 180 księży i pogrzeb na cmentarzu na Miłostowie, zgromadziły tysięczne rzesze ludzi żegnających ze łzami tego niepospolitego człowieka.

Z Jego odejściem do Pana zakończył się bardzo ważny okres w dziejach Towarzystwa Chrystusowego i Zgromadzenia Sióstr Misjonarek, a także pewien bardzo ważny okres w historii Kościoła w Polsce. Z pewnością Jego duch żyje nadal w obu Zgromadzeniach, wycisnął bowiem tak niezatarte piętno na formacji duchowej ich członków, że zapewne pozostanie w nich na zawsze.

W pracy zawsze zmierzał do pełni w wykonywaniu powierzonych Mu zadań, a nawet więcej - brał na swe barki dodatkowe zajęcia, przy czym żadnego nie lekceważył. Nadto stale dokształcał się ciekaw świata, a przede wszystkim ludzi. Przyjął z rąk Prymasa polecenie utworzenia Zgromadzenia dla potrzeb naszych wychodźców. Jako budowniczy tego Zgromadzenia okazał się w całym tego słowa znaczeniu Ojcem wszystkich jego członków, podobnie jako Założyciel Zgromadzenia Sióstr - był jak Ojciec dla swych córek duchowych.

Tworzenie Zgromadzenia przy braku środków finansowych na ten cel wymagało ze strony ks. Posadzego niezwykłego hartu ducha, zdolności organizacyjnych i sił. A przekonany był o swej słabości fizycznej i musiał walczyć z nią, co nie było zadaniem łatwym. Pokonał jednak i tę słabość i w tym okazał się człowiekiem nadzwyczaj mocarnym. Myśl o własnej słabości stanowiła jeden z największych progów, który utrudniał Mu życie i było to najbardziej heroiczne z Jego strony zmaganie. Nieśmiały, jak sam o tym wspominał przy podejmowaniu pracy w Kolegiacie Parnej, znerwicowany, nigdy nie okazał tego na zewnątrz. To stało się Jego wewnętrzną nieustanną, trudną walką z własną psychiką, co dla ludzi nie znających takich stanów jest niewyobrażalne - jak bohaterskie musiały być Jego wysiłki. Wspominał w pamiętniku, że przed publicznymi występami zasychało mu w gardle, drżały ręce, lękał się, czy podoła, ale przyjmował swój stan jako pokutę. Żył często w nerwowym podnieceniu i jak to określił, gdyby nie przymus moralny, nie zabrałby głosu, czy też nie pojechałby tam gdzie uważał, że było to Jego obowiązkiem. Kto znał ks. Posadzego, nigdy nie podejrzewałby jak heroiczną walkę toczył ze sobą samym. Te zmagania stawiają Go na najwyższym piedestale człowieczeństwa.

Ten człowiek, proszący Boga o wybaczenie swych słabości, dokonał rzeczy wręcz niewiarygodnych, zajmując ważne miejsce w dziejach Kościoła, ale wszystko pojmował w kategorii służby mówiąc - "Dobrze zrozumiana miłość ł służba Boża jest najskuteczniejszą służbą wiary, tak jak dobrze zrozumiana miłość i służba w kraju, jest najistotniejszą służbą Bożą".

Jednocześnie ubogacał własną duchowość, każdego dnia stawiając przed sobą nowe zadania do realizacji i to zarówno w działalności zewnętrznej, jak i w formowaniu przymiotów duchowych własnych i swoich zakonnych synów i córek. Był człowiekiem modlitwy, kontemplacji, w pełni oddanym Bogu, przygotowanym na kres życia ziemskiego, na spotkanie z Panem i choć bał się śmierci przez całe swe dorosłe życie, przez cały ten czas ukrywał ten lęk zawierzając swą trwogę Bogu i nie buntując się wobec śmierci.

Człowiek, który tak ukształtował głębię swego życia duchowego i miał tak duży wpływ na innych, obdarzony był przez Boga przymiotami duchowymi niecodziennymi, niezwyczajnymi. Bo czy mógłby zdziałać tyle, ile zrobił, gdyby nie był człowiekiem z piętnem szczególnej charyzmy. Jego harmonia duchowa, stała współpraca z Bogiem, Jego świętość, odzwierciedlały się na zewnątrz, promieniowały z Niego. Każdy, kto się z nim spotkał był urzeczony tą osobowością i jej wpływem, wychodził po spotkaniu z ks. Posadzym lepszym. W rozmowach ludzie zwierzali Mu się ze zwykłych codziennych spraw i kłopotów. Zawsze starał się znaleźć na wszystko radę, często polecając umocnienie życia duchowego, które wspierało w troskach szarych dni. Duchowość, religijność, stanowiły dla Niego fundamenty życia, toteż innym radził pracę w tym zakresie nad sobą samym.

Urzekał swą życzliwością wobec ludzi i głęboką, na wierze opartą miłością bliźniego, która tak była w nim zakorzeniona, że nie tylko nie chciał, ale nie umiał nikomu sprawić przykrości. Był człowiekiem o wielkiej dobroci serca i była to jedna z cech, która przyciągała ludzi do Niego. Jednym z filarów Jego życia wewnętrznego była pokora, prawdziwa, autentyczna. Czuł się ogromnie zażenowany, gdy coś dobrego mówiono o nim. Dobro, które czynił uważał za rzecz oczywistą, zupełnie nie zasługującą na pochwałę. Natomiast żywił przekonanie o konieczności podkreślania zalet, nawet drobnych, innych osób. Dobrym słowem ogrzewał serca ludzi, zawsze sam usuwając się w cień. Jeśli spotkały Go jakieś upokorzenia, znosił je z pokorą i uważał, że wówczas stawał się bliższy Bogu.

Zarażał też ludzi swoim optymizmem, którego co prawda nie zawsze wystarczyło dla niego samego, choć to w końcu właśnie dzięki optymizmowi umiał podnieść się z własnych niedomagań. Źródłem tego optymizmu było całkowite zawierzenie się Bogu. Wiara bezgraniczna sprawiła, że nie załamał się ani w trudach tworzenia Towarzystwa, ani też w czasie wojny. Nie załamał się po jej zakończeniu, gdy musiał odbudowywać życie Towarzystwa wierząc, że jego kolebka - Potulice wrócą jeszcze do Zgromadzenia. Z optymizmem Bożym szedł przez życie, zawsze uśmiechnięty, pogodny, oparty o Kościół, instytucję stworzoną przez Chrystusa. Dlatego też spotkanie z papieżami, zastępcami Chrystusa na ziemi stanowiły dla Niego dodatkowe źródło siły. Uważał za szczęście możliwości osobistego widzenia się z Ojcem Świętym będące pomocą w pokonywaniu trudności i impulsem do działania. Przeżył sześciu papieży, był na audiencji u czterech - Piusa XI, Piusa XII, Jana XXIII, Pawła VI. Czerpał z nich siłę do pracy i moc wiary. Wybór Polaka na Stolicę Apostolską, na namiestnika Chrystusa był dla Niego radością niewypowiedzianą.

Dużą wagę przywiązywał do ducha ofiary. Uważał, że ofiara winna być czyniona na chwałę Boga i dla własnego umartwienia. Zakładał, że ofiarę należy ponosić codziennie, a wszystkie zdobycze wewnętrzne i zewnętrzne okupywać ofiarą drobną, choćby drobnostką, ale zawsze ofiarą, umartwieniem. Ducha ofiary, pokory budziła w Nim najintensywniej Droga Krzyżowa, którą odprawiał codziennie. Odczuwał wówczas potrzebę skruchy i upokorzenia. Uczyła Go dźwigać krzyż z poddaniem się woli Bożej. Była pokrzepieniem w chwilach depresji, w niepowodzeniach i cierpieniach. Był też jednocześnie człowiekiem niezmiernie delikatnym w stosunkach z ludźmi i bolała Go każda brutalność, gwałt zadawany in nym, nie tylko w sensie fizycznym, lecz i psychicznym. Duch delikatności przejawiał się u niego we wszystkim, co czynił, a mimo to w sprawach zasadniczych - wiary, postaw moralnych i etycznych, okazywał się człowiekiem nad wyraz nieugiętym i stanowczym.

Jedną z charakterystycznych cech Ojca była ciekawość świata i chęć poznania wszystkiego, co przed Nim się otwierało. To rzadko spotykana zaleta, ale dzięki niej stał się człowiekiem o dużej wiedzy i erudycji. Nie zamykał się w ciasnej ścieżce wytyczonej planem podróży i jej celu, ale potrafił rozglądać się na boki, aby wchłonąć jak najwięcej i dawał temu bardzo często wyraz nie tylko w rozmaitych formach literackich, ale i w rozmowach, wykładach, konferencjach, choć nigdy nie było w tym przejawów chwalenia się, bo to nie leżało w Jego charakterze, lecz chęć przekazania innym swej wiedzy. Ta ciekawość świata łączyła się ze szczerym zainteresowaniem ludźmi. Miał liczne grono znajomych, utrzymywał też obszerną korespondencję. Nikt nie umknął Jego pamięci nawet w największych zawirowaniach życia.

Był człowiekiem nieprawdopodobnie wrażliwym na urodę przyrody i otaczającego świata. Znajdował piękno w okruchach codzienności, w przebłyskach światła wpadającego przez okno, w jesiennej mgle, w szumiącym lesie, wysmukłych sosnach i bieli brzóz, w rudej kicie wiewiórki i szarym wszędobylskim wróbelku, w poblasku księżyca na wodzie i srebrnych kroplach padającego deszczu, w drżeniu rosy na płatkach róży, w nieśmiałych fiołkach i dzwoneczkach konwalii. Żaden szczegół nie uszedł Jego uwagi, w tych drobiazgach widział oblicze Boga, podobnie jak w przepysznych dżunglach Ameryki Południowej, w kaskadach wodospadu Iguacu, w falach Atlantyku i umiłowanego Bałtyku oraz w rozległych złocistych plażach. To piękno potrafił przekazać słowem w swych licznych publikacjach oraz w pamiętniku.

Ks. Posadzy był osobowością niecodzienną. Warto tu powiedzieć, że większość Jego cnót korzeniami sięgała lat wczesnej młodości - czerpał soki ze swego życia rodzinnego. Przeszedł długą drogę zarówno w wymiarze zewnętrznym, przeżywając 86 lat, od księdza diecezjalnego do zakonnika, budowniczego nowej wspólnoty zakonnej, jej wieloletniego przełożonego generalnego, twórcy drugiej wspólnoty - żeńskiej, który ukształtował formację duchową obu zgromadzeń. Przeszedł też długą drogę w rozwoju duchowym, podążając w nim ku Bogu, poprzez modlitwę i pracę. On sam i Jego wiara tworzyły rzadko spotykaną jedność. Wszystkie Jego cnoty i efekty pracy ujawniają wyraźnie fakt, iż właśnie On zrealizował w pełni myśli i ideały zawarte w Ustawach Towarzystwa, napisanych przez kard. Hlonda. Był człowiekiem, do którego można odnieść słowa jednego z radiowych kazań świętokrzyskich, człowiekiem, który "nie przeoczył niczyjego oczekiwania, (...) nie przeoczył cierpienia, nie zlekceważył milczenia i żadnej możliwości budowania pokoju, uładzania wzburzonej rzeczywistości. I żadnej z ludzkich rzeczy nie przeoczył. (...) Tworzył królewskość z ułamków codzienności".

Przekazując moje "spotkanie" z Ojcem, pragnąc wiernie oddać słowami Jego duchową formację i zewnętrzną działalność - przyznam szczerze, że zmagałam się z dużymi trudnościami. Jakby z oporem słowa jako materii. Często myślałam - zarówno przy pisaniu Jego biografii, jak i teraz przedkładając moje osobiste spotkanie, obcowanie - myślałam, bezradnie odkładając pióro - że Ojciec nie chciał, aby o Nim pisano. Uznawałam to jako pośmiertny gest Jego prostoty i skromności - może w ten sposób chciałam znaleźć usprawiedliwienie dla własnej bezradności i nieumiejętności, jaką odczuwałam w spotkaniu z tym człowiekiem Boga.

Mam świadomość niewymiernej wielkości tego człowieka, człowieka charyzmatycznego, niezwykłego, fascynującego swą postawą, charakterem i tym wszystkim co zdziałał. Wiele lat obcowałam z Ojcem. Czy mogę powiedzieć, że Go poznałam. Myślę, że nie, nie dokładnie, nie do głębi. Było zapewne wiele drgnień Jego duszy ł serca, ułamki myśli, doznań, rozmów z Bogiem, których nie dostrzegłam, które uszły mojej uwadze. Osobiście jestem urzeczona wielkością Jego wielkości, ale nie umiałam oddać tego słowami. Stąd pewna nieporadność tych moich słów o Nim tu wypowiedzianych, powtarzanie cech Jego charakteru, duchowości, jakby dla podkreślenia, uwypuklenia niezwykłości, nietuzinkowości Ojca, Jego charyzmatu, bo inaczej nie udało mi się tego zrobić.

Napisałam biografię Ojca i. Posadzego zgodnie z moimi odczuciami, moim widzeniem tego człowieka, wiernie oddając rzeczywistość, w której żył i stronę faktograficzną. W drugiej połowie 1995 r. oddałam maszynopis do Wydawnictwa Hlondianum. Z pewną radością, ale i z wielkim niepokojem czekam na publikację.

Poznań, styczeń - kwiecień 1996 r. 


Druk: "Głos Seminarium Zagranicznego" 6(1996), s. 8-35.

Drukuj cofnij odsłon: 2323 aktualizowano: 2012-01-14 15:51 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2018 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone