Ośrodek Postulatorski Chrystusowców
ks. Florian Berlik

ks. Florian Berlik

(1909-1982)
Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego
w latach 1968-1969;
celebrans pierwszej Mszy św. w powojennym Szczecinie

Wspomnienia - artykuły

ks. Edward Szymanek SChr

Współtwórca ducha potulickiego.


Kiedy długi i dostojny orszak sióstr zakonnych, kleryków i braci, kapłanów oraz biskupów w tamten słoneczny dzień jesienny, 19 października 1982 r., poprzedzał trumnę niesioną na ramionach księży i alumnów, zdawaliśmy sobie dobrze sprawę, że odbywa się pogrzeb wyjątkowy. Bo wyjątkowa postać Zmarłego. - Cóż ja bym zrobił bez księdza Floriana? - mówił niejednokrotnie O. Posadzy. On stał w rzędzie ojców Towarzystwa: kardynał August Hlond - założyciel, O. Ignacy - współzałożyciel i ks. Florian Berlik. Jaki tytuł mu dać? Właśnie ten: współtwórca ducha potulickiego, bo inne, które nosił, są niepełne: prefekt, ojciec duchowny, rektor, superior, profesor, a nawet przełożony generalny - wszystko to za mało. Takie tytuły noszą i inni współbracia w naszym Zgromadzeniu, a przecież ich posłannictwo nie jest takie, jak księdza Floriana. On był wciąż przy Ojcu, od samego początku. I znów słowa Ojca: - Ja byłem tylko administratorem, ksiądz Florian natomiast był ojcem duchownym wszystkich, był mistrzem modlitwy dla wszystkich, był twórcą ducha, tradycji, atmosfery i życia potulickiej gromadki. - Powiedziane to jest z wielką skromnością, a więc ma prawo być przesadą, choć Ojciec nie uważa tego za przesadę, a nam również wolno sądzić, że jakaś prawda w tych słowach się zawiera. Ksiądz Florian ma więc prawo pozostać w pamięci Towarzystwa jako współtwórca ducha potulickiego. Naszym obowiązkiem jest takim go widzieć i takim przekazywać.

Uważam za jedną z piękniejszych łask życia, że mogłem widzieć tego człowieka w jego chorobie i umieraniu. Pogoda ducha, spokój - a wszystko to płynęło z głębi wiary... Wiadomo, w szpitalu znalazł się w przeddzień zamachu na życie Ojca Świętego w dniu13 maja 1981 r. Opowiadał potem, jakie to wrażenie wywołało na wszystkich pacjentach, jak wielu z nich ofiarowało swe życie w intencji Jana Pawła II. Nie miałem wątpliwości, że opowiadający o tym też należał do ich grona. I rzeczywiście, krótko przed śmiercią wyznał, że uczynił to wówczas, że oświadczył Bogu, iż jeśli jego ofiara byłaby Mu przyjemna, to pokornie ją składa za życie i zdrowie papieża. Potem dodał intencje za Towarzystwo, za Ojczyznę. - Widać - mówił - że Bóg ofiarę przyjął. Niech się dzieje Jego najświętsza wola.

Pamiętam, było to blisko 10 lat przed śmiercią. Był wówczas superiorem Domu Głównego. Miał atak kamieni nerkowych. Gdy po powrocie do domu dowiedziałem się o tym, poszedłem do niego i usiłowałem coś powiedzieć, wyrazić jakieś współczucie, a on w sposób całkiem naturalny powiedział: - Był czas, kiedy w Towarzystwie trzeba było coś mówić, coś czynić, o czymś decydować, teraz jest czas, aby dla Towarzystwa cierpieć. - Wypowiedział to z taką naturalnością, oczywistością i przekonaniem, że trudno było cokolwiek dopowiedzieć. Intencje życia, przyjmowanie poszczególnych etapów życia były tak proste i jasne, jak w całym życiu i postępowaniu był prostolinijny, stosując ewangeliczną zasadę: tak - tak, nie - nie.

Świadomie odchodził do Boga. Nie cały miesiąc przed śmiercią pisał do p. Zahradnikowej: „Wielce Szanowna Pani Doktor! Od ostatniej naszej rozmowy nie dawałem żadnego znaku życia o sobie, nie chcąc zasmucać swoją rozwijającą się chorobą. Dzisiaj jednak pragnę powiadomić Panią Doktor, że stan mojej choroby pogarsza się z dnia na dzień: poszerzył się woreczek żółciowy, zaatakowana wątroba, czego dowodem jest nieustanna gorycz w ustach, zupełny brak apetytu (...). Ale dla, mnie nie jest to żadnym zaskoczeniem, bo liczyłem się z tym już od roku. Żegnam Panią Doktor Chrystusowym pozdrowieniem, dziękując za wszystkie pomoce lekarskie i za wielką życzliwość. A teraz od kilkunastu dni wybieram się już w drogę do Domu Ojca Niebieskiego. Polecam się modlitwom. Ks. Florian Berlik TChr. Kiekrz 19.IX.1982”.

Kilka dni wcześniej, 14 września, w Znalezienie Krzyża Św., przyjął sakrament chorych, cały dzień zresztą poświęcił intensywniejszej modlitwie i skupieniu.

Choroba rzeczywiście czyniła postępy. Widać to było po wyglądzie twarzy, po malejących siłach, po coraz trudniejszym przyjmowaniu jakiegokolwiek pokarmu czy napoju.

Wielki skok nastąpił 29 września, w dzień pierwszej profesji nowicjuszy. Lekarz prosił, by go nie odwiedzano, ja natomiast mam się udać do niego - kilka dni byłem na Pomorzu Zachodnim. Ksiądz Florian był bardzo zmęczony. Otrzymywał już silne dawki narkotyków, które nie odbierały mu świadomości, a uśmierzały ból i dawały uspokajający sen. Zaczęło się wówczas - w ten środowy dzień ślubów w Kiekrzu - wielkie zwierzenie. Jeszcze raz powrót do sprawy rezygnacji z przełożeństwa generalnego. Czy był w tym jakiś niepokój? Wątpię, a jeśli, to tak mały, że kiedy w kilku słowach uspokoiłem go - bo powody takiego czynu subiektywnie były ważne - już do tego tematu nigdy nie wrócił. W ten dzień natomiast i potem jeszcze raz i drugi wracał do sprawy ubóstwa. Trzeba pilnie zwrócić uwagę - przestrzegał na ten problem. Bo pokus jest wiele, okazji też dużo. Czułem, że to było najważniejsze, co chciał pozostawić Towarzystwu w testamentalnej przestrodze.

Następnego dnia, 30 września, wróciliśmy do wspomnień o pierwszych dniach w polskim Szczecinie. Wiem, że ksiądz Florian chętnie wracał do tamtego czasu, że przeżył wówczas swoistą euforię z okazji powrotu tego miasta do Ojczyzny. Zaczęła się więc opowieść o tamtych dniach. Jak to prof. Zaremba zwrócił się do biskupa Dymka z prośbą o księdza do Szczecina. Biskup skierował prośbę do księdza Floriana o wytypowanie naszego kapłana. Wybór padł na ks. Kowalówkę. Ten jednak wymówił się - był nadto przerażony wojną, nie znajdował na tyle sił w sobie, ażeby podjąć się takiego zadania. Wojna przecież jeszcze trwała. Wobec tego bp Dymek poprosił samego księdza Floriana. Chodziło przecież tylko - argumentował biskup - o odprawienie pierwszego nabożeństwa i o zabezpieczenie mienia kościelnego, którego, jak się później okazało, nie było. Argumentował jeszcze, że jest to teren znajdujący się zagranicą, więc jest to całkowicie nasze pole pracy. Rozmowa toczyła się na ul. Spokojnej w Poznaniu, w obecności ks. Edmunda Nowickiego. Biskup nie udzielił żadnej jurysdykcji, ponieważ nie mógł jej udzielić. I tak ks. Berlik pojechał. Do Szczecina, razem z kawalkadą prowadzoną przez kapitana Jaszkiewicza, przybył wieczorem 4 maja 45 r. Pierwsze nabożeństwo odprawił w niedzielę, 6 maja, tylko dla ekipy urzędników - było ok. 250 osób. Było to w kaplicy przy dzisiejszej Bogurodzicy 3, gdzie obecnie znajduje się nowa część naszej plebanii. Kaplica urządzona i wyposażona była w sprzęty i szaty liturgiczne przez katolików niemieckich podczas bombardowania, a potem nawet - przez dwa lub trzy ostatnie tygodnie - modlili się w piwnicy. Msza św. uroczysta odprawiła się w następną niedzielę, 13 maja, w obecności wicewojewody Tomasa, natomiast wojewody Borkowicza nie było (Żyd). Po Mszy św. nastąpiło powitanie władz z ludźmi na wielkich błoniach miasta Szczecina. Na balkonie 1. piętra był wojewoda, prezydent Zaremba i ks. Berlik. Każdy następny dzień był bogaty w zapał i radość, był pionierskim dniem pobytu Polaków w tym mieście. Cieszył każdy sukces, radował każdy postęp ku normalności życia, które zaczynało się stawać zwykłe, normalne, bez huku dział, bomb i strzałów karabinowych. Tymczasem we czwartek przed Zielonymi Świętami (było to chyba 19 maja) przyszedł rozkaz ewakuacji ekipy urzędniczej do Słupska. Ludność mogła pozostać, choć niewiele jej pozostało. Ksiądz Florian wiedział, że w Stargardzie Szczecińskim znajdują się już księża Długopolski i Gagajek. Udał się więc do Stargardu, gdzie też część urzędników pozostała. Na dzień Zesłania Ducha Świętego księża zaplanowali odprawić uroczyste nabożeństwo w kościele Świętego Ducha. Kościół ten miał jedynie drzwi lekko uszkodzone, poza tym był w dobrym stanie. W sobotę tymczasem przyszła wiadomość, że do Polski jedzie wielki transport kolejowy z Polakami, liczący kilkadziesiąt wagonów. Wobec tego ksiądz Berlik postanowił skorzystać z okazji, by powrócić do Poznania. O wcześniejszym bowiem powrocie nie było mowy, gdyż Zaremba oświadczył, że da przepustkę pod warunkiem przybycia innego księdza. Nawiasem należy dodać, że w Szczecinie prezydent odstąpił księdzu na mieszkanie i biuro część swoich prywatnych apartamentów. Gdy ksiądz Florian tam wszedł, zastał stół nakryty do kawy, ciasto, które jeszcze Niemcy sobie przygotowali, lecz już nie zdążyli zasiąść do stołu, tak nagle musieli uciekać. W sobotę więc przed Zielonymi Świątkami, ok. godz. 11 przed południem, w wielkim już upale, jeszcze w futrze, pośród ogromnego tłoku, pierwszy duszpasterz Szczecina udał się w drogę powrotną do Poznania. Pociąg przez Wałcz i Piłę jechał do Bydgoszczy. Był tak długi, że przed górkami zatrzymywał się. Dojechano wreszcie do Bydgoszczy w południe dnia następnego. Ksiądz w upalny nadal dzień, w swoim futrze, zmęczony i głodny, nie ogolony przyszedł na Szwederowo. Nie chcąc straszyć ludzi, udał się na werandę plebanijną, żeby zaczekać na koniec Mszy św. Ani się spostrzegł jak zasnął. Po sumie ksiądz kanonik sądził, że to jakiś podejrzany człowiek, dopiero gdy przyszli księża Grzelczak i Kinder, rozpoznali w nim księdza Berlika. Można więc było doprowadzić się do porządku i odpocząć. Z Bydgoszczy szły już normalne pociągi do Poznania, można więc było spokojnie powrócić.

A dalsze dni Szczecina? Bodaj w początkach lipca zjawił się w Słupsku ks. Świetliński i z grupą urzędniczą przyjechał do Szczecina. Dwukrotnie urzędowo udawał się do Berlina. Było to po nowej ewakuacji ze Szczecina, spowodowanej obradami w Poczdamie. Po układach poczdamskich nastąpił znów powrót Polaków do Szczecina, choć w międzyczasie wróciło tu ok. 50 tys. Niemców. Teraz ks. Świetliński dotarł do bpa Preysinga, od którego otrzymał jurysdykcję z prawem subdelegowania. 15 sierpnia kard. Hlond wręczył dekrety nominacyjne pięciu administratorom apostolskim na Ziemie Odzyskane. Wówczas Rosjanie przyjechali po ks. E. Nowickiego - tak bardzo był już potrzebny przełożony nowej prowincji kościelnej. Ksiądz Berlik w Poznaniu był przez kilka tygodni jego wikariuszem generalnym.

Tak wygląda w szkicu historia najpierwszych dni polskiego pasterzowania w odzyskanym Szczecinie wspominana przez śmiertelnie chorego pierwszego jej bohatera.

1 października dalszy ciąg rozmowy. Są torsje mimo lekarstw powstrzymujących je. Jest jednak pogoda ducha, spokój, a nawet humor. Tym razem tematem rozmowy jest Towarzystwo. Pytam, co uważa za najważniejsze w Zgromadzeniu? Odpowiada: - Ubóstwo, bo pod tym względem istnieje wielkie niebezpieczeństwo. Trudny jest - dalej - problem godzenia zakonności z duszpasterstwem. Szczególnie za granicą występuje on w całej swej ostrości. - Dalsza sprawa to Ustawy Towarzystwa. Wrócić do Ustaw kardynała Hlonda. Pozostawić je bez zmian. Dopiero na drugim miejscu zamieścić komentarz do nich. Nasze obecne Ustawy nie są dobre. To nie są Ustawy Hlonda. - Zajęcia przełożonego generalnego: każdy generał winien pozbyć się innych prac, a przede wszystkim zająć się wizytacjami - co trzy lata - zagranicy i kraju. W dekretach powizytacyjnych winien dawać wyraźne i zasadnicze wskazania i korekty. Nie może zajmować się szczegółami życia polskiego. Chrystusowcy w Polsce winni stanowić odrębną prowincję. Generał winien być przede wszystkim ojcem. - W Seminarium naszym winna być dyscyplina, nadal należy zwracać uwagę na problemy emigracyjne, kłaść nacisk na naukę języków, zwłaszcza języka angielskiego.

Dwukrotnie - 29 września i 1 października - polecał ksiądz Florian: - Księdzu Generałowi proszę przekazać moje szczere uznanie za to, że miał odwagę przyjąć wybór mimo nadwątlonego zdrowia oraz za puszczenie w ruch sprawy procesu beatyfikacyjnego Założyciela. Proszę też powiedzieć, że zawsze modliłem się za niego.

Następne dni - od 2 do 6 października - były do siebie podobne. Przedmiotu rozmów nie brakowało. Niesłabnące zainteresowanie sprawami Polski, Ojca Św., Towarzystwa. Ocena sytuacji w kraju była jednoznaczna i dlatego powtarzały się słowa: - Trzeba się dużo modlić i cierpieć dla Ojczyzny. - Modlił się. Doskonale pamiętał, kiedy nowicjusze zbierali się w kaplicy, a także kiedy siostry miały swe modlitwy. Prosił wówczas, by już go pozostawić, ponieważ i dla niego jest to czas łączenia się duchem z modlącymi się do Pana. Nieodłącznym towarzyszem i Samarytaninem w czasie jego modlitwy i cierpienia, jak i umierania, był brat Ludwik Pluta. Temu dobremu bratu należy się ogromne uznanie za jego cichą i spokojną, i pełną wiary oraz zrozumienia obecność przy księdzu Berliku. To samo zresztą będzie później w chorobie i śmierci brata A. Firca. Ksiądz Florian żartował nawet, że brat Ludwik pilnuje go wciąż, aby wszystkie ćwiczenia duchowne były odprawione, że przewodniczy modlitwie zwłaszcza różańcowej, że przeprowadza czytania duchowne, a szczególnie strofuje go za to, że zamiast czytać jedynie książki i artykuły religijne, każe sobie odczytywać świeckie artykuły z Tygodnika Powszechnego. To była prawda - tak chory człowiek żywo był jeszcze zainteresowany tym, co nowego przynosił każdy numer tego czasopisma.

7 października miałem być po południu w Kiekrzu. Tymczasem ok. godz. 9 otrzymałem telefon, żeby już przyjechać, bo ksiądz Florian o to prosi. Okazało się, że teraz właśnie, po bardzo dobrej kąpieli, którą zafundował brat Ludwik, chory czuje się dość dobrze, a potem może być zbyt słaby i dlatego wolał teraz wszystko załatwić. Zastałem go z kartkami zawierającymi adresy i z piórem w ręku. Studiował każdy adres - albo podkreślał, albo też wykreślał. Wykreślone adresy były już nieaktualne, gdyż ludzie ci już go uprzedzili w ojczyźnie niebieskiej. Wręczył mi te adresy z prośbą, żeby teraz nikogo nie powiadamiać o niczym, natomiast powiadomić „gdy się to stanie”. I jeszcze prośba: - Nie dawać rodzinie żadnych pamiątek czy pozostałości. Będą się może gniewać. Proszę powiedzieć, że taka jest wola zmarłego. - Powtórzył to dwukrotnie: Taka jest wola zmarłego. Muszę zaraz dodać, że kiedy po śmierci razem z ks. Brzostkiem patrzyliśmy na pozostałości po nim, naprawdę nie było co przekazać krewnym na pamiątkę. Rodzina zresztą nie miała najmniejszych pretensji. Rodzina dorasta w jakiś sposób do wielkości swego Krewnego. Ubóstwo jego było podręcznikowe - tak wyraziste, tak oczywiste, tak rozumne i pociągające.

A potem mówił dalej: - Jestem spokojny. Byłem niewolnikiem Matki Bożej. Ona mnie prowadziła przez całe życie. Ona też zaprowadzi mnie do Chrystusa, On zaś do domu Ojca. - Kilka dni wcześniej mówił o dziwnym przeżyciu, które dla niego było oczywistością. Mówił o realnym odczuciu szatana. - Zrozumiałem, że chciał mnie napełnić lękiem i zwątpieniem. Wówczas, na ile mogłem, zdobyłem się na największy wysiłek ducha i głośno zawołałem: Idź precz! I odszedł. Nastąpił we mnie całkowity spokój i ufność. Wiem, że on już nie przyjdzie, niczego się nie boję, jestem w rękach Matki Najświętszej. - I rzeczywiście, do końca nie było cienia nawet niepokoju. Zaczął potem, owego dnia 7 października, mówić o swym odejściu. Przyjdzie ono, choć nie wiadomo kiedy. Poprosiłem o błogosławieństwo dla siebie, dla Towarzystwa. Czułem, że to chwila najbardziej świadoma, spokojna i bogata w jego ducha tak zjednoczonego z wolą Bożą. Ja byłem wzruszony. On spokojny. Jak ojciec, który uporządkował wszystkie sprawy w rodzinie. W pewnym jednak momencie zaczął mówić o przyjaźni z Ojcem Posadzym. Rozrzewnił się wówczas mocno - i jakby przesyłając mu wielkie dziękczynienie za tę przyjaźń i miłość - mówił: - A przecież ja byłem kilkanaście lat młodszy od Ojca. On mi tak zaufał. Mówił mi o wszystkim, przymnie odpoczywał, wywnętrzał się wobec mnie. A ja nieraz byłem nawet ostry, uparcie stałem przy swoim zdaniu, bo uważałem, że to jest konieczne. Ojciec nigdy się na mnie nie obraził. - Pomyślałem sobie, że, jeszcze w dawnych latach, sądziliśmy, że ksiądz Florian zawsze w każdym szczególe ma to samo zdanie co Ojciec. Tyle było dyskrecji i kultury w przekazywaniu swego sądu czy opinii. I taki był do końca. Zawsze miał własne zdanie, zawsze przemyślane, wypowiadał je tylko wtedy, gdy był o nie proszony. Jeśli musiał wypowiedzieć o kimś negatywną opinię, czynił to z przykrością, jakby zmuszony do tego.

Każdy dzień szybkim krokiem przybliżał moment odejścia. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Nie modliliśmy się o uzdrowienie. Modliliśmy się, aby czas męczących zawodów był opromieniony chwałą Bożą, by był spełnianiem najświętszej woli Bożej, by chory miał dość siły do przetrwania w cierpliwości i uległości wobec Ojcowskiej ręki, która oczyszczała łaską krzyża.

Każdy dzień przysparzał coraz więcej trudności we wzajemnym kontakcie, rozmowie. Mówienie stawało się trudne, zbyt wyczerpujące. Ale wiadomości przyjmował. Wieść o nowej ustawie o związkach zawodowych spowodowała wielki ból, który wyraźnie uwidocznił się na jego twarzy. Pocieszyła go natomiast uroczystość kanonizacji św. Maksymiliana. Dowiedział się o słowach Ojca św. Pełnych dramatu, przesłanych do całego świata i mówiących o wydarzeniach zaistniałych w naszej Ojczyźnie.

Zgasł kilkanaście minut po godzinie drugiej w dniu 15 października. Dokładnie 50 lat wcześniej rozpoczynał kanoniczny nowicjat w Potulicach. Postanowienia i pragnienia z tamtych chwil doszły swej pełni teraz, gdy na łożu śmiertelnym dokonywał współofiary z Chrystusem, gdy na jego obliczu - nawet po śmierci - widniał wielki stygmat cierpienia. Stygmat ten będzie tytułem chwały. Z nim stanie przed tronem Bożym.

Na koniec przytoczmy niektóre teksty z notatek rekolekcyjnych księdza Floriana. Podaję je bez komentarza. Niech ksiądz Florian sam przez nie przemawia.

W czasie rekolekcji odprawianych w Puszczykowie w dniach 13-20 lutego 1953 r. pisał: „Cierpienie jest moim pokarmem. Kapłaństwo bowiem jest najściślej złączone ze śmiercią Chrystusa Pana”; „Matka Najświętsza klęczy przy mnie w czasie przeistoczenia i powtarza na nowo swoje ‘fiat’, klęczy przy każdym przyjmującym Komunię św. i przyciąga go do swego macierzyńskiego Serca (...) Jak mój charakter kapłański zobowiązuje mnie do miłości ku Matce Najświętszej. Niech uschnie ręka moja, niech przylgnie język mój do podniebienia, gdybym mógł zapomnieć Ciebie, o Matko moja!!!”; „Z uwagą i skupieniem będę odmawiał brewiarz, a zwłaszcza psalmy!”

Podczas rekolekcji odprawianych też w Puszczykowie w dniach 31 grudnia 1953 do7 stycznia 1954 r. pisał: „Jako kapłan mam być odblaskiem Boga po trzykroć świętego”; „Przez chrzest, przez bierzmowanie, a zwłaszcza przez święcenia kapłańskie jestem jak najściślej zjednoczony z Chrystusem Arcykapłanem. Dlatego dewizą całego mego życia powinny być te słowa: ‘Solus Deus, solus Christus’, ‘Dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć jest mi zyskiem’ (Flp 1, 21)”; „Kryzys wierności wobec Jezusa, jaki dzisiaj przechodzi wielu kapłanów, leży w tym, że nie kochają Jezusa. Tajemnicę zdrady Judasza należy tłumaczyć tym, że od samego początku nie umiłował Pana Jezusa. Dla mnie ważna przestroga: Aby nie dopuścić się zdrady Pana Jezusa, muszę z każdym dniem coraz bardziej kochać Pana Jezusa”; „Nie doceniałem ważności spowiedzi kapłanów. Traktowałem je zbyt pobieżnie i spiesznie. Dopiero dzisiaj zrozumiałem ich doniosłość i odpowiedzialność przed Bogiem. Postanawiam przeto spowiedź kapłanów traktować jak najpoważniej i stawiać ją przed wszystkimi innymi spowiedziami na pierwszym miejscu”; „Przez łagodność i miłosierdzie wkładam rozżarzone węgle na oblicze Boże i skłaniam Boga do okazania mi miłosierdzia. Kapłan o gorącym i współczującym sercu nie pójdzie na potępienie”; „Przejście do wyższego życia modlitwy prowadzi poprzez dwa niezbędne środki przygotowawcze: a. szczególną, wyjątkową czystość serca, wolną od dobrowolnych grzechów i niewierności; b. szczególne, nadzwyczajne kierownictwo łaski z góry”; „Gwiazda powołania kapłańskiego z biegiem czasu zaczyna tracić blask, a nawet na moment może zgasnąć. Nigdy w chwilach doświadczeń nie poddam się zniechęceniu. Moim obowiązkiem jest tylko pracować, a sukcesy mam złożyć w ręce Jezusa Chrystusa. Największym szczęściem powołania kapłańskiego to wypełnione dobrze obowiązki”; „W doświadczeniach więcej będę pamiętał o Opatrzności Bożej. Podstawowym prawem Opatrzności jest, że Bóg zwyczajnie unika środków nadzwyczajnych, cudownych, żeby przeprowadzić swoje plany, posługuje się nimi b. rzadko, by nie łamać praw natury. Tak było w życiu P. Jezusa, tak jest w życiu Kościoła, jak również każdego kapłana”; „Wtedy jako kapłan będę pobożny, gdy będę gotów przyjąć wszelkie cierpienie, wszelki krzyż”; „Zagłębiać się będę w Chrystusa na modlitwie, a zwłaszcza w cierpieniach i krzyżach”.

A podczas rekolekcji odprawianych w Puszczykowie w dniach 13-20 kwietnia 1955 r. pisał: „Jeśli ktoś nie miłuje Pana naszego Jezusa Chrystusa, niech będzie przeklęty (1 Kor16, 22). Te straszne słowa odnoszą się do mnie, do mnie osobiście. Odmówić Jezusowi Chrystusowi serca, to ściągnąć na siebie przekleństwo. Muszę zdobyć to silne przekonanie, że wszystkie moje obowiązki wobec Boga streszczają się w miłości”; „Trójca Przenajświętsza przez łaskę uświęcającą obiera sobie moją duszą za mieszkanie i dopuszcza mnie do intymnego, rodzinnego życia ze sobą. Ojciec Niebieski przybiera sobie mnie za syna; Jezus Chrystus za brata i przyjaciela. Duch Święty jako Oblubienica zaślubia moją duszę. Bardziej będę pamiętał o obecności Trójcy Przenajświętszej w mojej duszy. Do Ojca niebieskiego pójdę małą drogą dziecięctwa; do Jezusa Chrystusa drogą przyjaźni; wobec Ducha Świętego dusza moja będzie wierną oblubienicą. Ojca niebieskiego kochać będę miłością syna, Jezusa Chrystusa miłością brata i przyjaciela, Ducha Świętego miłością wiernej oblubienicy”; „Postanawiam, by całe moje życie zakonne było służbą miłości!”; „Życie jest piękne, dobre i radosne, ale pod warunkiem, że będzie życiem miłości. Miłość jest źródłem pokoju, radości i mocy. A dlaczego brak mi nieraz spokoju? Czemu jestem smutny? Dlaczego się trwożę? Bo za mało kocham Jezusa Chrystusa. Muszę tak kochać Jezusa Chrystusa, by On był moim wszystkim”; „Obok grzechu śmiertelnego największym wrogiem miłości jest oziębłość. Oziębłość powoduje a. zanik cnót, b. znieprawienie sumienia, c. ruinę miłości. Jedynym zabezpieczeniem przed oziębłością jest pielęgnowanie pierwszej miłości”; „Za przykładem Jezusa Chrystusa zobowiązuję się do prowadzenia życia pracowitego, ukrytego, surowego, umartwionego i nacechowanego ofiarą”; „Decydującą rzeczą dla wieczności jest ‘dobra śmierć’. Umrę dobrą śmiercią, jeżeli umrę: a. z miłością - w stanie łaski uświęcającej, b. przez miłość - gdy połączę swą śmierć ze śmiercią Jezusa Chrystusa i przyjmę ją w duchu posłuszeństwa, ekspiacji, ofiary i odkupienia, c. z miłości”; „Pragnę uczynić z absolutnego i powszechnego zgadzania się z wolą Bożą obowiązkowy program swego życia zakonnego, gdyż na tym polega tajemnica doskonałej miłości i świętości”; „Cudowne słowo ‘Fiat’! Wyszło z ust Boga na początku świata; wyszeptały je usta Najświętszej Maryi Panny; wypowiedział je Pan Jezus. W smutku i radości: fiat. W zdrowiu i chorobie: fiat. Obsypany pociechami, zanurzony w oschłości: fiat. Krytykowany i spotwarzany: fiat. Obsypany pochwałami: fiat. Dzisiaj pierwszy, jutro ostatni: fiat. Przerzucany z miejsca na miejsce: fiat. Trudności, opozycja na stanowisku przełożonego: fiat. W czasie całego życia: fiat. W godzinę śmierci: fiat. Przez wieczność: fiat”.

Pośród postanowień rekolekcyjnych z dni 2-9 września 1956 r. znajdujemy takie: „Będę szczególnie pamiętał o słabych i wyczerpanych. Dawać im będę owoce lub inne wita-miny”, „Z większą akuratnością będę odprawiał prywatną godzinną adorację w intencji Towarzystwa i potrzeb naszych księży. O ile możności w niedzielę, gdy będzie przeszkoda, to w tygodniu”.

Podczas rekolekcji w dniach 22-30 czerwca 1960 roku pisał: „Praca nigdy nie zastąpi modlitwy. Trzeba skrócić wielkie dzieła apostolskie, by znaleźć czas na modlitwę, inaczej zginę (...) Postawa adoracji najważniejsza na modlitwie (...) Nie można najgorszych chwil oddawać P. Bogu np. ostatnie godziny przed północą”; „Mimo przemęczenia nie wolno zaniedbać modlitwy. O ile jest wielki nawał pracy, wtedy w ciągu tygodnia musi się znaleźć pół dnia na wypoczynek”.

W notatkach rekolekcyjnych w dniach 27-30 sierpnia 1962 r. czytamy: „Będę czuwał, by przez pychę, chciwość i zmysłowość nie zamazać sumienia. Będę postępował tak, by moje sumienie zawsze było wsłuchane w głos Boży”; „Istotną postawą kapłana-duszpasterza to umiejętność zauważenia każdego. Kto nie potrafi zauważyć drugiego człowieka, nie powinien pracować w duszpasterstwie”; „Msza św. największą przygodą dnia kapłańskiego (...) Do Mszy św. najgłębiej się przygotować: 1. Obym tak się przygotował do Mszy św. jak P.J. do Najśw. Ofiary, 2. Obym ją tak przeżywał jak P.J. i M.B., 3. Obym z taką powagą odchodził jak M.B. i św. Jan schodzili z Kalwarii”.

Postanowienie z rekolekcji w dniach 6-10lutego 1964 r.: „Będę dobrze myślał o drugich, by zasłużyć sobie na przyjaźń z Jezusem Chrystusem”.

Podczas rekolekcji odprawianych w Poznaniu w dniach 22-27 sierpnia 1966 r. ksiądz Florian pisał: „Bóg mnie miłuje. Człowiek mnie również miłuje. Nie powinienem posądzać drugiego o złą wolę. Każdy ma przynajmniej iskierkę dobrej woli. A gdyby nawet nie posiadał odrobiny dobrej woli, nie powinienem odpłacać się również złą wolą. Drugi człowiek zmienia się tylko pod wpływem miłości i życzliwości. Nie mogę zapomnieć o tym”; „Choćbym się tysiąc razy sparzył przez kontakty z drugimi, jednak nie będę ich unikał. Będę wystrzegał się tego, bym był sztywnym, suchym, zamkniętym w sobie kapłanem”; „Modlić się będę do Pana Jezusa nie tylko o to, by mi było przyjemnie w tym dniu, ale przede wszystkim o to, bym jak najlepiej wykonał wolę Bożą w tym dniu”; „W każdy piątek dla uczczenia Męki Pańskiej zrezygnuję z telewizji, i w Wielki Post z wyjątkiem niedziel. W niedzielę godzinę adoracji poświęcę celem pogłębienia miłości ku P. Jezusowi. Codziennie odprawię Drogę Krzyżową albo odmówię cząstkę różańca -tajemnice bolesne - z wyjątkiem niedziel i świąt okresu Bożego Narodzenia i Wielka-nocnego”; „Całe tegoroczne rekolekcje uważam za przygotowanie do śmierci. Czuję pewne zmiany w moim organizmie, które są pewnym sygnałem, że moje życie zbliża się do końca. Nie musi to zaraz nastąpić. W obecnym moim stanie nie lękam się śmierci ani cierpień poprzedzających koniec życia. Uważam moje życie za ustawiczne wychodzenie naprzeciw Boskiemu Zbawicielowi, który przychodzi, by wyzwolić mnie z moich słabości i nędz i cierpień i połączyć mnie ze Sobą. Witam Pana Jezusa jako mego Boskiego Przyjaciela, którego nie lękam się”; „Jestem bardzo wdzięczny Duchowi Świętemu, że od pewnego czasu pociągnął mnie do czytania Pisma św. Od obecnych rekolekcji jeszcze większy nacisk będę przywiązywał do Pisma św. Nie tylko będę brał Pismo św. jako przedmiot codziennego rozmyślania, ale ponadto przed czytaniem duchownym odczytam rozdział Pisma św.”

A podczas rekolekcji odprawianych w Poznaniu w dniach 26 czerwca do 1 lipca 1967 r. napisał: „Rekolekcje pragnę odprawić w poczuciu wielkiej odpowiedzialności. Towarzystwo Chrystusowe znajduje się rok przed Kapitułą. Ma wprowadzić w życie uchwały soborowe, ma się odnowić. Kościół po Soborze oczekuje świętości od kapłanów zakonnych. Aby Towarzystwo Chrystusowe mogło się odnowić, muszę się przede wszystkim ja sam osobiście odnowić. Odnowę rozpocznę od siebie samego”; „Samo odprawienie ćwiczeń duchowych to nie jest jeszcze duch modlitwy. Duch modlitwy to życie na co dzień wg Ewangelii. To życie przepojone umartwieniem, ubóstwem, a zwłaszcza wiarą, nadzieją i miłością. Chcąc w sobie wyrobić ducha modlitwy, muszę ustawicznie rozczytywać się w Piśmie Św., a szczególnie w Ewangelii”; „Wśród wielkich przymiotów Bożych wybija się dobroć, miłosierdzie i miłość. W swoim życiu kapłańskim będę się kierował dobrocią, miłością i miłosierdziem. Chrystus jest ośrodkiem wszystkiego, alfą i omegą. Powołuje mnie na swojego współpracownika. Będę poczytywał sobie to powołanie za specjalne wyróżnienie i nie będę odmawiał żadnej ofiary Panu Jezusowi”.

Postanowienia rekolekcyjne w r. 1971 były następujące: „1. Głównym zadaniem Kościoła jest zbawienie ludzkości. Głównym moim zadaniem jest w mojej obecnej sytuacji zbawiać drugich przez sakrament pokuty. Uświęcać współbraci przez modlitwy i umartwienie. 2. P. Bóg daje mi możliwość, bym z każdym dniem był lepszy. Pragnę stawać się lepszym przez oddawanie się drugim przez miłość. 3. W sakramencie pokuty mam być narzędziem miłosierdzia, dobroci i przebaczenia Jezusa Chrystusa”.

Po rekolekcjach w r. 1972 ks. Berlik napisał m.in.: „Muszę stale mieć świadomość, że moim głównym zadaniem jest uobecniać swoim postępowaniem ofiarę Pana Jezusa”.

W czasie rekolekcji odprawianych w Poznaniu w dniach 23-28 czerwca 1975 r. za-notował: „Czuję na sobie ciężar odpowiedzialności za głoszenie słowa Bożego, a równocześnie nie pozwala mi na to władza umysłowa z powodu wyczerpania. Nie mogę głosić Prawdy Bożej słowami, będę się starał głosić ją coraz to głębszą wiarą i przeżyciem modlitewnym”; „Wartość kapłana zależy od trwania na kolanach na modlitwie osobistej. Każdego dnia wieczorem muszę się zapytać, czy na modlitwie spotkałem się z Bogiem, czy też moja modlitwa ograniczyła się do wyrecytowania formułek modlitewnych”; „Dzięki ubóstwu jestem kimś, przez bogactwo, przywiązanie się do rzeczy materialnych jestem niczym”; „Nie mogę, z powodu niezdolności umysłowej i coraz większej utraty pamięci, głosić słowo Boże, z większą gotowością oddam się pracy w konfesjonale. Do Mszy Św. będę się przygotowywał każdego dnia przez odprawienie Drogi Krzyżowej, ofiarowanej w intencji ks. Generała i nowicjatu. W każdą niedzielę poświęcę godzinę modlitwy za siebie, za kapłanów i braci, którzy opuścili Towarzystwo”.

W r. 1977 podczas rekolekcji pisał: „Pan Jezus praktykował radykalne ubóstwo! O tym nie wolno mi zapomnieć. By nie obróść w rzeczy materialne, co pewien czas zrobię przegląd, by wyzbyć się, co jest zbędne”; „Sprawiać drugim radość mimo niedyspozycji swojej - to moje zadanie we wspólnocie, w której przebywam”; „Doświadczywszy na sobie samym ciężaru władzy, swego czasu postanowiłem nie wyrażać swego zdania na taki czy inny sposób załatwiania przez przełożonych. Odnawiam to swoje postanowienie i będę milczał, gdy inni będą mnie prowokowali do wyrażenia swojej opinii.” Hasło na rok1977/78 tak było sformułowane: „Dla Boga: modlitwa i gorącość umiłowania serca; dla drugich: służebność i życzliwość; dla siebie: krzyż i trud”.

Podczas ostatnich rekolekcji, prowadzonych przez ks. bpa P. Sochę w Poznaniu w dniach 26-31 lipca 1982 r., ks. Florian napisał tylko tyle: „Trzy cechy kapłana O. Pio, które podkreślił Papież Paweł VI w przemówieniu do kapłanów. Mianowicie: 1. żarliwe odprawianie Mszy Św., 2. gorliwe spowiadanie, 3. szczególna miłość. Te 3 cechy O. Pio pragnę naśladować w życiu kapłańskim”.

Księże Florianie, nasz Bracie i Ojcze, wybacz mi, że odważyłem się otworzyć Twoje notatki rekolekcyjne i jakby wsłuchać się w Twoją spowiedź przed Panem. Nie czyniłem tego z prostej ciekawości, lecz pragnąłem podnieść nieco wyżej światło Twego życia, aby współbracia wyraziściej zobaczyli Twoje dobre czyny i chwalili Ojca, który jest w niebie. Bo rzeczywiście wielbić pragniemy Dobrego Boga, że przez Ciebie ukazywał nam tyle dobra. Oblicze na co dzień pogodne, ofiarne, pełne życzliwości, wyrozumiałości, szczerości, ukochania sprawy Bożej wśród braci wychodźczej, w Towarzystwie Chrystusowym, w całym Kościele, w Ojczyźnie.


Druk: Współtwórca ducha potulickiego, red. B. Nadolski, Poznań 1983, s. 38-59.

Drukuj cofnij odsłon: 2806 aktualizowano: 2012-09-07 15:47 Do góry

projektowanie stron www szczecin, design, strony dla parafii

OŚRODEK POSTULATORSKI TOWARZYSTWA CHRYSTUSOWEGO

ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. (61) 64 72 100, 2017 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone